Duży śnieg, ośnieżone szczyty i widok bardzo oczekiwany. Uszba. Piękna, majestatyczna, a jakże surowa. Sam widok skłania do refleksji i do pochylenia czoła. Widziałem setki zdjęć tej góry, ale teraz patrząc na nią, czułem jej dominację.

 Przebrany powtórnie, założyłem raki i postanowiłem, że dzisiaj dojdę do wysokości 4100 m n.p.m. i założę obóz. Wiał silny wiatr, ale i przebijało się gdzie niegdzie słońce. Droga była trudna, ponieważ śnieg był wysoki i przejście wielu miejsc zajmowało dużo czasu. Jedyna trudność polegała na wytrzymałości fizycznej, kondycji zależnej przy tak rzadkim powietrzu od sprawności płuc i serca.

Na wysokości schroniska Pirjut, zrobiłem ostatni odpoczynek. Moje wejście zbliżało się do końca i rozglądałem się za miejscem gdzie będzie najlepiej się rozbić. Największą zmorą był silny wiatr, który wiał bez końca. Podszedłem pod Skały Pastuchowa i tam zakończyłem swoje wejście. Kłopoty z rozbiciem obozu były duże, ale po czasie miałem już miejsce, gdzie mogłem się schronić. Teraz tylko myślałem, żeby stopić śnieg i napić się czegoś ciepłego. Wiedziałem, że zaraz zrobi się ciemno, więc muszę się trochę uporządkować. Założyłem dodatkowy sweter przed nocą i siedziałem cierpliwie patrząc jak topi się śnieg.  Trwało to pół godziny zanim zdobyłem garnuszek wody, ale miałem wrażenie ze to wieczność. Nie miałem ochoty na jedzenie, więc padnięty wlazłem do śpiwora i patrzyłem tylko czy wiatr nie porwie tej szmaty.

Pierwsza noc na dużej wysokości. Często może skończyć się obrzękiem płuc i  nieznośnym bólem głowy. Ale prócz objawów wymiotnych po jedzeniu i bólu głowy, który rozrywał mi czapkę to nic innego mi się nie działo.

Rano pogoda była łaskawa. Słońce pokazało się w całej okazałości ale wiatr pokazywał swoją siłę. Wygrzebałem się na zewnątrz, a podmuchy pchały mnie z dość dużą siłą. Myśl o kawie była silniejsza więc, zaraz zacząłem topić śnieg. Przywitałem się z czwórką Rosjan, którzy spali kawałek powyżej. Jeden z nich miał odmrożoną twarz i był mocno nasmarowany białą maścią. Wyglądał okropnie. Nie tylko twarz ale i ubiór w tym miejscu pozostawiał wiele do życzenia. Kurtka i buty rokowały mu dalsze odmrożenia. Zauważyłem w jego rękach drewniany czekan, który mógłby dużo powiedzieć. Porozmawialiśmy dość dużo na temat warunków panujących na Kaukazie i aktualnej pogodzie. Miał dużo do powiedzenia i znał temat dobrze. To nie pierwszy pobyt tutaj, jak i w innych kaukazkich regionach.

Po kawie i skromnym śniadaniu w postaci batona postanowiłem w ramach aklimatyzacji podejść do przełęczy na wysokość 5000m. Podejście tak wysoko i powrót do bazy to dobry sposób na dobrą aklimatyzację. Chciałem zapoznać się z terenem podchodząc wzdłóż Skał Pastuchowa. Martwił mnie tylko silny wiatr. Widok dominującego Elbrusa zachęcał do takiego podejścia. Olbrzymi masyw dwóch stożków całkowicie był pokryty lodowcem i śniegiem. Niebezpieczeństwo Elbrusa nie polega na trudnym podejściu, ale na zmiennej pogodzie, niskich temperaturach, śnieżycy, dezorientacji, możliwości zamarznięcia przy silnym wietrze, jak i niebezpieczeństwie wpadnięcia do szczeliny, z której praktycznie nie ma wyjścia. Ale wola wyjścia, jak i zadbanie o dobrą aklimatyzację, wzięła górę nad tymi rozważeniami.

Wierzchołki Elbrusa to skutek erupcji wulkanu. Do dnia dzisiejszego w partiach szczytowych następują wyziewy siarki, którą można poczuć. Kratery wypełnione śniegiem i lodem dają początek powstałym ponad dwudziestu lodowcom o powierzchni 144 km kwadratowych. Wyższy szczyt to zachodni wierzchołek sięgający 5642 m n.p.m., gdzie wschodni szczyt wznosi się na wysokości 5621 m n.p.m. Ze szczytu można podziwiać nie tylko panoramę Kaukazu ale i Morze Czarne.

Elbrus po raz pierwszy został zdobyty latem  w roku 1874, wschodni wierzchołek został zdobyty przez A.Gusewa i W.Korzuna 17 stycznia 1934 roku  i 27 stycznia 1935 roku przez A.Gusewa z niemieckim alpinistą. Nazywany jest tutaj „Ash-Gamakho”, co oznacza „Góra przynosząca szczęście”.

Od kilkunastu lat Elbrus jest również uważany za najwyższy szczyt w Europie, gdyż przyjmuje się, że granica między Europą a Azją przebiega główną granią Kaukazu. Zaliczany jest  do „Korony Ziemi” (którą stanowi 7 najwyższych szczytów 7 kontynentów). Wielki Kaukaz ciągnie się 1500 km wzdłuż Głównego Kaukaskiego grzbietu górskiego. Powierzchnia jest większa od powierzchni Alp i wynosi 145000 km kw. Wysokości grzbietów często przekraczają 5000 m n.p.m., a 15 szczytów przekracza wysokość Mont Blanc. Można tam znaleźć tak wspaniałe pięciotysięczniki jak Elbrus, Dychtau, czy Szachra.

Najważniejszą przeszkodą w zdobywaniu Elbrusa jest niezwykle zmienna pogoda. W czesto występujących mgłach bardzo trudno odnaleźć drogę. Trudności potęgują także liczne szczeliny, szybki spadek temperatury do –35 stopni C w połączeniu z silnymi  huraganowymi podmuchami wiatru.

Miałem zakusy na oba wierzchołki i podpierałem się miejscową nazwą Elbrusa, ale zdawałem sobie sprawę, że tu już tylko zadecyduje pogoda. Warunki pogodowe inne w partiach u podnóża, a inne w partiach szczytowych. Wynika to z faktu, że Ash-Gamakho wyrasta ponad otaczające szczyty o prawie dwa tysiące metrów. Śnieżyce i silne wiatry tak szybko pojawiają się, jak i znikają.

Przeznaczyłem cały dzień na podejście do przełęczy i poznanie tych warunków na własnej skórze. Podejście męczące, silny wiatr i wysokość dawała o sobie znać. Podchodziłem w równym tempie robiąc przerwy na wyrównanie oddechu. Zimno mocno dawało o sobie znać. Nie miałem żadnego obciążenia. Mały termos z napojem izotermicznym i aparat. Szanse na zdjęcia były żadne ale liczyłem, że chwilami chmury odsłonią widoki na Kaukaz. Podchodząc do góry nie widziałem nikogo, kto by się jeszcze wyrwał w tym dniu. Nie spotkałem również nikogo kiedy schodziłem. Czułem się trochę nieswojo. Byłem bezpieczny, ale bardzo wymarzłem. Perspektywa ciepłego śpiwora i ciepłego posiłku w dolnej partii Skał Pastuchowa przyśpieszyło tempo. Przywitali mnie w obozie koledzy radzieccy, którzy podali mi ciepły kubek herbaty. Trudno opisać jak smakowała i bałem się tylko, że zmrożone ochraniacze jakie miałem na rękach, przyspieszą jej oziębienie. Padła propozycja, żebym przeniósł się do schronu, który pod moją nieobecność się zwolnił. Opuściła go grupa dwóch osób, które nie wytrzymywała zimna. Byli to Niemcy, którzy po dwóch dniach silnych wiatrów nie wyobrażali sobie  zostać dłużej w takich warunkach. Skorzystałem z tej oferty bo poprawiała warunki bytowe, nie mówiąc o większej przestrzeni. Miałem wrażenie, że przenoszę się do dobrego hotelu. Widoczność zrobiła się zerowa, a wiatr nasilał się coraz bardziej. Chwilami trudno było utrzymać się na nogach kiedy wychodziłem po „wodę w stanie stałym” by zaparzyć coś ciepłego do picia. Wieczór zapowiadał się bardzo mroźny, więc zaprosiłem moich nowych kumpli na herbatę. Wpakowałem się do śpiwora i patrzyłem jak śnieg ledwie topi się w metalowym kubku. A potrzebowałem litr wody na moje przyjęcie. Po półtorej godzinie miałem już herbatkę w termosie i czekałem na moich gości. Leżałem i zastanawiałem się nad dniem jutrzejszym. Jak mogę go dobrze wykorzystać. Ale silny wiatr nie rokował niczego dobrego. Było około dwudziestej pierwszej, kiedy wpadli goście. Zrobiło się bardziej tłoczno, ale nastrój się poprawił. Dwóch z nich to geografowie, odmrożony Rosjanin okazał się Gruzinem i był tam jeszcze wśród nich Ormiańczyk, który uraczył nas długimi rozmowami z ostatniego pobytu na Kamczatce. Ormiańczyk wyjął papierosy i zmęczyliśmy po jednym. Zapalił świeczkę w tych egipskich ciemnościach, ale gasła co chwilę bo wiatr i śnieg wdzierał się cały czas do środka. Rozmowy były długie i ciekawe. Zapominałem chwilami, że marznę. Było czuć jak obniża się temperatura. Ale spokój rozmowy i dowcipkowanie z niektórych sytuacji pozwalał się wyłączyć z tego zimna. Zrobiliśmy sobie po jeszcze jednej herbacie. Luksus każdy po kolei dostawał cały kubek. Wnosiliśmy z Gruzinem raz po raz nową kupkę śniegu do środka. Po dwóch godzinach wszyscy byli po herbatce. Około północy rozstaliśmy się w dobrych humorach. Wpakowałem się do śpiwora i by znów zastanowić się nad jutrzejszym dniem.

Rano wszystkie warianty nie miały szans bytu. Jeszcze silniejszy wiatr, brak jakiejkolwiek widoczności i wygrzebywanie śniegu ze środka, jaki wiatr nawiał przez noc, zwolniło moje tempo do życia. Wiedziałem, że to dzień stracony. Zaplanowałem większe śniadanko i zrobienie większej ilości picia na popołudnie. Wszystko zabrało mi trzy godziny. Przemieszczałem się w obrębie kilku metrów nie chcąc obsunąć się na dół. Liczyłem na poprawę i zacząłem rozważać wariant przeniesienia się do Piriuta, położonego poniżej na wysokości 4200m n.p.m. Cały dzień w piątkę wałęsaliśmy się to tu to tam, albo staliśmy na wietrze oparci o skały prowadząc głośne rozmowy. Śnieg zasypywał twarz i wdzierał się pod okulary. Męczące stawało się wygrzebywanie śniegu z ochraniaczy i okularów, wdzierał się wszędzie, w najmniejsze szczeliny.

Ormianin wziął mnie za rękę i poprowadził kilka metrów na dół. Zaczęliśmy kopać w miejscu, w którym widziałem, że kopał już wcześniej między skałami. Ku mojemu zdziwieniu odkopywaliśmy przedmioty, których bym się nie spodziewał. Gilzy, kule, widelec i łyżeczkę z niemiecką swastyką. Kilka jeszcze innych metalowych przedmiotów których nie oglądaliśmy dokładnie. Wkładaliśmy do kieszeni, żeby wiać się stamtąd jak najszybciej. Pozostałości po drugiej wojnie światowej. Stacjonowały przecież tu wojska niemieckie i toczyły się ciężkie walki pod Elbrusem.

Następny dzień niczym nie różnił się od poprzedniego. Małe wyjścia, godziny spędzone przy topieniu śniegu i rozmowy z różnych wypadów. Samopoczucie nie było lepsze. Odczuwałem bóle i zawroty głowy, chwilowe kłopoty z oddychaniem i cały dzień ogarniała mnie senność. Wykonanie każdej czynności było niesłychanie męczące, wychodzenie nawet po śnieg powodowało zadyszkę oraz kłopoty ze snem, to była prawdziwa zmora wszystkich obecnych. Na wysokości 4200m jest się w pewnym sensie w półśnie, niby się śpi, a jednak słyszy się wszystko, co się dookoła dzieje, rozmowy kolegów, ich wyjścia i wejścia, a wszystko za sprawą zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. Wraz z dłuższym pobytem organizm dostosowuje się poprzez zwiększoną produkcję hemoglobiny. Wiedziałem, że głównym sprawcą był bardzo silny wiatr i zmiana ciśnienia. Popełniłem błąd schodząc w tym dniu do lodowego źródła znajdującego się koło Prijuta. Menażka zdobytej wody była okupiona ciężkim zejściem i wejściem. Zdobycie tego jednego litra wody zapłaciłem przemoczoną w wodzie rękawiczką. Wszystko zajęło mi trzy godziny czasu i suszeniem rękawicy nad gazem. Wszystko to doprowadziło mnie do lekkiego kryzysu. Skończyła się puszka z gazem. Przemarzanie dzisiaj narastało i wiedziałem, że jutro muszę podjąć decyzję. Szykowała się trudna zimna noc, a i tak już nic nie mogłem zrobić. Pora była już późna.

Dalsze domarzanie nie miało sensu. Podchodziłem od rana do wszystkiego ze spokojem. Wiatr się wiele nie zmienił i dalej swoimi porywami dawał znać. Było wcześnie, około piątej, więc postanowiłem wypić kawę i zacząć pakowanie. Rano odwiedzili mnie koledzy Rosjanie i powiedzieli, że się pakują. Zabrakło im już wszelkich maści i proszków przeciwbólowych. Muszą zejść na dół i uzupełnić zapasy. Podzieliłem się maścią i proszkami. Dałem im kilka ciepłych zupek, żeby zjedli przed zejściem. Psychika im się lekko podłamała, ale byli już tutaj 11 dni. Spakowany zacząłem schodzić w dół do Pirjuta. Chwilami się przejaśniało i pokazywała się Uszba. Tubylcy mówią, że jak widać Uszbę, to będzie poprawa. Wiedziałem tylko tyle, że jak chcę zaatakować Elbrus, muszę przeczekać w cieplejszych warunkach. Nie byłem zaskoczony, że w Pirjucie jest tyle osób. Warunki pogodowe wszystkich wrzucały do jedynego bezpiecznego miejsca, jakim był Pirjut. Po dłuższej chwili znalazło się miejsce. Spokojnie mogłem już zrobić większy obiad. W sumie były to dwa gorące kubki. Napakowałem w czajnik śniegu i spokojnie czekałem na herbatkę. Była ekipa czeska w ilości pięciu osób, Szwed, który dzień wcześniej przyszedł do mnie i chciał przyłączyć się do wspólnego wejścia oraz kilku Rosjan. Przemiły Anglik polskiego pochodzenia, nauczyciel, który przyjechał z pięcioma chłopakami. Po południu wpadła zaśnieżona po uszy ekipa z Iranu. Silna grupa męsko-damska, ubrana i wyposażona w najlepsze rzeczy. Patrząc na nich można było odnieść wrażenie, że przegląda się katalog dobrej firmy alpinistycznej. Przez trzy godziny jedli dużo i ciepło, potem zeszli na dół.

Wieczór upłynął szybko. Grałem z Czechami w zgadywankę bajkową. Oni wyliczali polskie bajki, ja natomiast wyliczałem bajki czeskie. Wieczorem kiedy kilka razy się przejaśniło, wszyscy wychodzili na zewnątrz i zaczęły się obrady na temat nocnego wyjścia. Wiele argumentów było za i przeciw. Większość jednak postanowiła wyjść o drugiej w nocy. Czułem się lepiej, nie miałem żadnych odruchów wymiotnych. Głowa mniej mnie bolała i postanowiłem spróbować. Żadnego obciążenia. Przygotowałem wszystkie potrzebne rzeczy jak czołówkę, raki, czekan, kijki, ochraniacze i parę drobiazgów.

Wstałem o pierwszej w nocy. Szybka herbata i przygotowanie kosmetyczne. Wszyscy się kręcili i było duże zamieszanie. Czesi namawiali żeby stworzyć jedną grupę dla bezpieczeństwa. Nie uznałem, że to dobry pomysł, ponieważ za duża grupa stwarza różne niebezpieczeństwa, ale i może zwolnić tempo. Kilka osób przystało na propozycję przekonanych faktem posiadania GPS. Widoczność nie była dobra i chyba był to jedyny argument. Zostało kilka osób włącznie z Anglikiem, który nie chciał ryzykować. Ruszyłem kilka minut po „silnej” grupie. Widziałem ich przed sobą, a właściwie kilka świecących czasem czołówek. Jednak zbliżałem się do nich szybko i po  godzinie widziałem ich już z góry. Głęboki śnieg i duży wiatr nadawał równe tempo. Odpoczywałem regularnie i nie robiłem żadnej dłuższej przerwy. Uważałem, że jest to najlepsza taktyka. Liczyłem się z powrotem, ale wiedziałem, że taka decyzja powstanie dopiero na przełęczy na wysokości 5100 m. W górnej partii Skał Pastuchowa nie widziałem już w dole żadnych czołówek. Zastanawiałem się czy moje tempo, czy też mroźny wiatr spowodował, że byłem sam.

Analizowałem sytuację. Pierwszą część drogi od Piriuta, z wysokości 4200m w górę do Skał Pastuchowa, na wysokość 4800m, miałem już za sobą. Byłem na Przełęczy na wysokości około 5200m i miałem za sobą dość trudne podejście, najtrudniejszy odcinek tuż za Skałami Pastuchowa, gdzie nachylenie jest duże. A przede mną jeszcze rozpoczynający się trawers okrążający wschodni wierzchołek. Wpływ wysokości mocno był odczuwalny, kłopoty spowodowane zmniejszeniem ilości tlenu w powietrzu i ogólnie wysokością.

Tutaj na 5000 m n.p.m. ciśnienie spada do połowy swojej wartości na wysokości morza (0.5 atmosfery). Powietrze jest bardzo wilgotne. Jest to wpływ nieodległego Morza Czarnego. Oddycham coraz trudniej. Chwilami dech mi zapiera, muszę go długo regulować, a to nie sprzyja skupieniu. Powtarzam sobie: analizuj logicznie. Nie popełnij błędu. Tu za błąd płaci się życiem. Ale w podświadomości powtarzają mi się słowa. Najgorsza tutaj jest dezorientacja. To właśnie tutaj nie jeden zapłacił najwyższą cenę. Cenę życia. Myśli mi się kłębią i mieszają. Staram się wybić z jakiegokolwiek myślenia, ale jest to niemożliwe. Analizuj następny krok. Przeanalizuj przejście i sprawdź wskazania. Wierzchołki pozostają wciąż zasłonięte.

Dalsza droga jest zaznaczona czerwonymi kolorami wstążek, które pozwalają uniknąć bliskiego kontaktu ze szczelinami. Dalsze stanie w miejscu nie ma sensu. Postanawiam wejść jeszcze wyżej, aż warunki nie pozwolą na dalsze przejście. Wtedy nastąpi odwrót. Ruszam. Trawersując wschodnie zbocze góry przeżywam poważny kryzys. Robię 10-15 kroków. Ogromne nachylenie stoku, musze długo odpoczywać, ciężko oddycham.. Mam wrażenie, że jestem blisko utraty świadomości, muszę  się ruszać, by nie popaść w otępienie. Idę dalej. Długa męcząca droga, która sprawia wrażenie, że nie ma końca. Nie wiem ile czasu upływa. W czołówce widzę tylko chwilami śnieg. Wycieram okulary z szybkością wycieraczek samochodowych. Silny wiatr i zimno załamuje mnie. Trwa to od godziny albo dwóch, nie wiem sam, co jakiś czas robię tylko po parę kroków. Oznaki dużej senności tylko upewniają mnie o odwrocie. Teren się wypłaszcza, ale myśl o odwrocie jest pewna. Wiem, że to jeszcze jakieś dwieście metrów. Tam już powinien być koniec.

Myś,l że to tak blisko nie pozwala mi się skupić. Stoję na chwiejnych kolanach, w półśnie i łapię się na tych faktach. Śpisz, tylko nie usiądź, bo zamarzniesz, nie oddychaj głęboko… bełkoczę do siebie w  myśli. Ale myśl, że dotarłem aż tutaj jest jeszcze gorsza.

Myśl o odwrocie mnie przeraża. Czuję jak powietrze jest rozrzedzone. Ciśnienie niskie, może 500hPa. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Oddech ciężki. Sprawdzam wskazania kompasu. Okazuje się, że tylko on jeszcze się rozczytuje. Może dlatego, że jest w grubej kieszeni. Zegarek nic już nie pokazuje. Ani ciśnienia, ani wysokości, ani godziny. Nielogiczna myśl pociąga mnie dalej. Tłumaczę sobie, że jeszcze tylko kilka kroków. Jeszcze tylko kilka kroków i dość. Jeszcze kilka kroków i odwrót. I tak się dzieje bez końca. Ale to jest naprawdę tylko kilka kroków. Czasem cztery, czasem dwa, a oddychanie zaczyna bardzo boleć…

Stałem i kiwałem się na nogach. Nie mogłem sam przekonać siebie czy to następna mara w chwilowej drzemce, czy rzeczywistość. Migotało mi przed oczami światełko. Po chwili wiedziałem, że to dzieje się na prawdę. Po kilku krokach zobaczyłem siedzącą kolorowo ubraną postać. Skulona, zawiana z boku śniegiem. Klęknąłem przed nią i zacząłem strzepywać z niej śnieg. Kilka szybkich ruchów po ramionach i plecach doprowadza mnie do bezdechu. Błąd. Nie mogę oddychać. Radość i zaskoczenie ze spotkania drugiej osoby wywołała dodatkową energię, za którą teraz płacę. Powtarzam sobie: równo, spokojnie i tak w koło. Bolesne doświadczenie. Ponownie pomału dotykam pleców i podnoszę ręce siedzącemu. Przesuwam się na kolanach za plecy i obejmuję. Wkładam ręce pod pachy i ruszam się na boki, do przodu i do tyłu. Spokojnie, ale by jak najwięcej rozruszać siedzącego. Przyciskam go do siebie, moje dłonie zaczynają krążyć po jego klatce piersiowej. Oho, nie dobrze – pomyślałem. To kobieta. Złe myśli przeszły mi po głowie. Jest osłabiona, nie wiem ile czasu siedzi w tej pozycji, nie mam picia. Ponownie przesuwam się przed nią i świecę czołówką na jej twarz. Ma oczy otwarte. Coś mamrocze po angielsku. Obejmuję ją ponownie ale czuję jak jej ręka odpycha moją twarz. Przekładam głowę z drugiej strony, ale to się powtarza. Pomyślałem sobie: Kobieto, to nie zaloty.

Stuka mnie dłonią w twarz dwa, może trzy razy. Pomyślałem jest dobrze. Może się zdenerwuje, to się bardziej ożywi. Mam wrażenie że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Staram się panować nad sobą. Ciągle pamiętam o swoim oddechu. Jej dłoń pcha mnie za brodę. Odchylam się, ale ona to robi po raz drugi i trzeci. Kiedy obróciłem głowę na bok, zobaczyłem w świetle czołówki żółto- czerwoną plamę. Przesunąłem się na kolanach i zamarłem. Leżąca postać w śniegu załamała mnie kompletnie. Czułem przez chwilę jak ciepło przelatuje przeze mnie. Pomyślałem: to już koniec.

Sytuacja wydała mi się beznadziejna. Odgarniałem spokojnie z niej śnieg i podnosiłem głowę. Nie byłem stanie podnieść ją za pierwszym razem do pozycji siedzącej. Ciągle bałem się wpaść w bezdech. Nie przejawiała żadnych oznak pomocy z jej strony. Zaskoczył mnie fakt, że nie miała na twarzy kominiarki i ochraniaczy na rękach. Obejrzałem jak była ubrana. Oznaka braku tych dwóch rzeczy nie dawała mi spokoju. Dobre ciuchy i buty i taki błąd. Wróciłem do pierwszej dziewczyny. Pomyślałem, że tylko oboje możemy coś zrobić. Dobre oznaki. Dziewczyna klęczy na kolanach, pochyla się i prostuje. Nie mogłem powstrzymać mojej radości. Klęknąłem i objąłem ją ponownie. Położyła ręce na moich ramionach i kiwaliśmy się na boki. Wziąłem ją pod pachy i podciągałem ją do góry. Dawałem znać, żeby spróbowała się podnieść. Nie byłem w stanie sam tego zrobić. Obróciła się bokiem podpierając na dłoniach, wyprostowała nogę. Wstałem i podnosiłem ją za rękę. Po chwili wykonując różne pozy, stała na nogach. Obejmowałem ją, żeby okazać jej moją radość. Wiało strasznie, więc przyjęliśmy pozycje „schron” obejmując rękoma nasze głowy. Kręciliśmy się na boki, przyciągaliśmy się i odpychaliśmy. Dziewczyna mogła w ten sposób rozruszać się.

Przetarłem ochraniaczami jej okulary i strzepywałem z jej kominiarki zamarznięte grudy śniegu. Jej czołówka słabo świeciła i widziałem jak nerwowo się rozgląda. Wziąłem ją pod rękę i podeszliśmy do jej partnerki. Byłem przekonany, że ona żyje. Nie wiem dlaczego, ale nie dopuszczałem innej myśli. Z drugiej strony podświadomość podpowiadała mi, że jej śmierć zwiększała nasze szanse. Była we śnie i na pewno wysokość odgrywała tu dużą rolę i miała wpływ na stan, w jakim się znalazła. Brak tlenu miał tu decydujący wpływ ale osłabienie fizyczne i zła aklimatyzacja robiła swoje. Podnosiliśmy ją do pozycji siedzącej. Nie było to łatwe. Oboje wzajemnie pilnowaliśmy się, by wysiłek nas nie pokonał. Musieliśmy ją przywrócić do świadomego stanu, lub zostawić. Chociaż ta opcja nie wydawała mi się do zrealizowania. Zdjąłem ochraniacze puchowe z rąk i zaczęliśmy ją ubierać. Zdjąłem czapkę, pod którą miałem kominiarkę. Dziewczyna szybko założyła mi czapkę i zacisnęła mocno kaptur od kurtki. Kiedy to skończyła uderzyła mnie mocno dłonią w twarz. Rozumiałem to w dwojaki sposób. Albo za to, że to zrobiłem, albo za to, że to właśnie zrobiłem. Klęczeliśmy z obu stron, trzymając ją w środku. Ręce jej zwisały swobodnie. Ogrzewaliśmy ją i rozcieraliśmy rękoma. Sytuacja wydała mi się beznadziejna. Dziewczyna wstała i zaczęła chodzić w miejscu. Klęczałem dalej trzymając jej partnerkę opartą o mnie plecami. Widok ten dawał pewien optymizm, ale w rękach czułem beznadziejność.

Nie dopuszczałem myśli, że nie spróbujemy żadnej akcji związanej z zejściem. Miałem świadomość, że pozostanie tutaj bez namiotów i wyposażenia było niemożliwe. Równało się to z pewną śmiercią. Ale czy damy radę. Kiwałem się na boki i chyba zapadałem w chwilową drzemkę. Kiedy się na tym łapałem ogarniał mnie strach. Walka ze snem jest chyba najbardziej bolesnym doświadczeniem, jakiego doznałem w życiu. Kiwałem się i patrzyłem. Nic nie mogłem zrobić, tylko patrzeć, jak dziewczyna chodzi i nabiera sił.

Silny wiatr nie pomagał w myśleniu. Podświadomie źle wróżył. Mówiłem w myślach: „Obudź się”, „Wstań, czeka na dole ciepłe piwo”, „Wstań, bo dokopię Ci do dupy” i tak bez końca kiwały mi się myśli, jak kiwaliśmy się oboje. Beznadzieja trwała jak film w zwolnionym tempie. Wiedziałem już na pewno, że twarz i ręce mam odmrożone.

Dziewczyna znikła na chwilę i stanęła na wprost nas. Trzymała w ręku czekan i jeden kijek. Podała mi kijek i zaczęła brać partnerkę pod pachę. Wstałem i wziąłem ją pod drugą pachę. Zrobiliśmy kilka kroków ciągnąc ją za sobą. Przystawaliśmy i kontynuowaliśmy schodzenie. Obniżenie i potem pod górę. Kilka kroków, kładliśmy ją na śniegu i dychaliśmy. Chyba oboje baliśmy się wpadnięcia w pułapkę bezdechu. Chwilami w czasie postoju co kilkanaście metrów, zapadaliśmy w drzemkę w skutek ogólnego wyczerpania. Jednak myśl, że nie damy sobie rady, przychodziła coraz częściej. Dolna partia zejścia stanowiła zbyt duże ryzyko. Bałem się o szczeliny lodowe i zejścia z ustalonego szlaku, które mogłoby skończyć się tragicznie. Trzymała mnie jeszcze myśl, że poruszamy się w dobrym kierunku. Nie miałem gwarancji, ale często w czasie postoju, rozświetlał się kompas na zielono. Moja znaleziona w śniegu partnerka sprawdzała dość często naszą pozycję i to dawało nadzieję. Bałem się o baterie, czołówki były na wykończeniu, ale brak zasilania kompasu oznaczałby tragedię. Dezorientacja w tym terenie to pewne zamarznięcie. Mój kompas grzał się w kieszeni i stanowił rezerwę w postaci ostatniej deski ratunku. W czasie kolejnych przerw dziewczyna obejmowała mnie rękoma i przyjmowaliśmy pozycję „schronu”. Łapała mnie zmrożoną rękawicą za nos i szybkim ruchem łamała go w obie strony. Bolało jak cholera ale wręcz polubiłem tę czynność, ponieważ poprawiało to moje oddychanie. Problem miałem z okularami, które były zabite od środka śniegiem. Boczne ochraniacze były zamarznięte i nie miałem możliwości ich oczyszczenia. Przekonałem się o tym jak chciałem zdjąć okulary, co było całkowicie niemożliwe, ponieważ przymarzły mi do brwi. Do bicia zmrożonym śniegiem  po twarzy trochę się przyzwyczaiłem, ponieważ potrafiłem wyłączyć się z tej dolegliwości psychicznie. Staliśmy w objęciu i myśli czarne latały po naszych głowach, nasze zmęczenie brało górę. Myśl, że schodzimy w takich warunkach z „Dachu Europy” uświadamiała mi tylko trudności i wysokość do pokonania. Byliśmy przecież 800m powyżej Mont Blanca. Takie myśli potęgowały tylko niepokój. Wiedziałem, że jedynym ratunkiem dla „zdechlaka” jest szybkie wytracenie wysokości. Mieliśmy od mrozu opuchnięte twarze, byliśmy mocno odwodnieni, niedotlenieni i mieliśmy odmrożone palce. Zejście na niższą wysokość dawała szanse odzyskania sił, jak i przywrócenie świadomości naszej „niefortunnej alpinistce”.