ikona13

 

 

 

 

Przystanąłem na chwilę tam w polach, ponieważ dostrzegłem bloki skalne w poprzek drogi pod skałą, stanowiące zapewne pozostałości po niegdyś istniejącej granicy. W skale wykute są dwa płaskie „domki”. Na jednej półeczce „domku” mógł siedzieć Szwajcar, w drugim żołnierz z Lichtensteinu. Droga do Mainfeldu to bardzo ciekawa trasa przez góry, a samo miasteczko jest niezwykle urokliwe o typowej szwajcarskiej architekturze. Pospacerowałem podziwiając małe domki i zrobiłem zdjęcia. Potem pojechałem do górskiego, a jednak rolniczego miasteczka Jenins, a następnie wąziutką drogą do Malans.
image259

W Malans znajduje się wyciąg i parking, zapewne dla letnich i zimowych turystów. Kolejka ta to malutkie dwa dwuosobowe wagoniki. Poszedłem na przeszpiegi do miłego starszego pana, który obsługiwał tę kolejkę. Zaprosił mnie do środka i spędziliśmy razem godzinkę. Pokazał mi na swojej mapie gdzie, co jest. Zalecał wjazd do góry, bo droga jest przez las i szkoda się męczyć na piechotę. Ale jak zwykle zaczęły się schody. Jest trasa na Falknis (2599), ale dalej nie ma nic z oznaczeń. Tam nikt na Grauspitz nie chodzi i mi też mówi, żebym się tam nie wybierał. Wejście jest bardzo ryzykowne, krucha skała, typowo alpinistyczna, więc jako jeden bez asekuracji drugiego, tak – skrzyżował ręce pod brodą na znak krzyża i pewnej mogiły. To już drugi, który mi odradza wejście. Poza kruchą skałą, grań bardzo trudna i są tam jeszcze na górze pociski możdzieżowe. Pomyślałem tylko, że bardzo zachęcające. Te pociski, prawdopodobnie wystrzelone w celu zdjęcia nawisów lawiny, które miały spaść. Spadły tylko pociski i dużo ich nie wybuchło. Zapytałem czy ostatnio coś wybuchło, pokręcił głową dwuznacznie i nie chciał nic na ten temat mówić. Wstał i bardzo głośno powtórzył: „No Grauspitz”. Jako, że nie jestem uparty, zapytałem delikatnie czy można wejść od Ijes. Powtórzył jeszcze raz, co powiedział wcześniej i skończył tym definitywnie rozmowę. Skoro tak, to skoczę chyba na kawkę, bo mi plany psują i humor.
image260

Ciekawe jest to, że Grauspitza nie umieszcza się nawet na reklamowych folderach. I bądź mądry, o co tu na prawdę chodzi. To tak, jak na pasie Macedonii z Albanią. Wszyscy wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi, tylko nikt nic nie mówi.

Po południu wybrałem się na spacerek do góry. Najpierw drogą leśną, którą zwozi się drzewo, a potem szlak skręca w lewo w las. Idąc do góry dochodzę do ruin Wynegg. Niebo staje się pochmurne, a w lesie robi się bardzo ciemno. Faktycznie to przejście zajmuje 3,5 godziny do górnej stacji. Droga stromo do góry przez las, męcząca dla piechura i mało widokowa. Jutro chcę wjechać pierwszą kolejką do góry. Umówiłem się na 7.30. To są tylko dwa wagoniki, a więc tylko 4 miejsca. Myślę, że będzie pogoda. Dzisiaj zostaję tu w lesie sam na noc. Cały czas latają helikoptery i słychać tylko wystrzały gdzieś tam wysoko w górze. Tłuką już tak trzecią godzinę. Myślę, że te pozostałości typu moździerz, to „zabawki” wojska. Widocznie coś nie odpali do końca i dlatego nikt nic nie mówi. Mój kolega Szwajcar, który mieszka w Lugano, mówił mi kiedyś, że raz do roku jeździ na ćwiczenia wojskowe. Oni nie mają służby czynnej, tylko ćwiczenia. Mówił, że jadą wtedy w góry i tłuką, z czego się da. Dlatego myślę, że Grauspitz to teren, gdzie wojsko ćwiczy i dlatego nikt tu nie chodzi. No, a że czasem coś nie odpali do końca, lepiej przemilczeć.
image261

Pobudka o 6.00, jestem zapisany na pierwszy kurs, więc chyba nie powinienem się martwić, że się nie załapię. Chcę mieć dużo czasu na górze, więc na dół deklaruję się na 17.30. Kolejka startuje z wysokości 600 m, a wznosi się na 1800 m, to duży zysk na czasie. Pieszo stromo i stracone 3,5 godziny. Z górnej stacji na Falknis to jakieś 4 godziny od kolejki drogą szutrową, którą jeżdżą pasterze. Potem dochodzi się do małej chatki Hutte. Starszy pan wita mnie i rozmawiamy chwilę. Potem szlak skręca w lewo i idę cały czas zboczem. Rozpościerają się wspaniałe widoki na Dounte i fantastyczna panorama odległych szczytów. Dochodzi się do Bad, a potem Sarina. Tu schodzi się na prawo i okrąża jedno z najmniejszych jezior. Poluję tutaj z aparatem na świstaka, ale igra ze mną okropnie. Wyskakuje spod głazu, staje na tylnych łapkach i chowa się szybciej niż zdążę pstryknąć fotkę. Wcześniej na szlaku zrobiłem jednemu zdjęcie. To czekanie zabrało mi pół godziny. „Polowałem” również na wiewiórki, ale nic z tego nie wyszło. Idę dalej, cały czas do góry, prawą stroną jeziorek. Tu dochodzi się do Flascher Sieli – zagrody pasterskiej. Na polanach widzę masę krów i tylko słychać dzwonki w całej dolinie. Z ostatniego jeziorka dość stromo do góry na grań. Z drugiej strony grani przepaść. Podziwiam tym razem widoki z góry na miasto i całą dolinę. Następnie trzy jeziorka, stromo do góry, przejście na grań zboczem, znowu bardzo widokowe i bardzo męczące.
image262

Wchodzę na górną polankę i stąd już ukazuje się szczyt Falknisa z krzyżem na szczycie. To jeszcze trochę trudne przejście, które zabiera mi już jedynie 30-40 minut. Wysoko widać owce na zboczach. Mają inne dzwonki i zmienia się dźwięk niesiony po hali. Każda z nich znaczona jest kolorową farbą na zadku i ma swój numer. Wyglądają jak zawodnicy w wyścigu po najsoczystszą trawę. Podejście na szczyt Falknisa na wysokości 2599 m n.p.m. to duże skalne bloki. Sam szczyt to mała powierzchnia z bardzo dużymi szczelinami.
Widoki zjawiskowe, z jednej strony na dolinę, a za plecami przepaść. Robi to na mnie duże wrażenie. Podejście koło krzyża jest dosyć wąskie, liczy może 1 metr i po prawej się rozszerza do 2 metrów. Z prawej strony poszarpana grań Grauspitza. Jest wyższy tylko o równe 100 metrów. Planuję przejść na niego ze szczytu, ale to wymaga znowu ode mnie niezłych ceregieli. Najpierw stromo, piargi, a potem już wąska, ostra z dużymi spadkami grań. Oczywiście już doskonale rozumiem gościa od kolejki. To przejście przez grań w pojedynkę to samobójstwo. Dwie, trzy osoby i dużo sprzętu do asekuracji, można by było spróbować.
image263

Skała na górze bardzo krucha, odpada płaskimi warstwami. Przepaść na obie strony. Piękna grań, aż mnie korci. Podchodzę dłużej piargami, ale za stromo i za duża przepaść, żeby wchodzić na tak zsypujące się na dół kamienie. Tu kończy się moje przejście. Odpoczywam, wabię ptaki rodzynkami w czekoladzie, bo to moje śniadanko. Podlatują blisko i dziobią w szczelinkach, wyszukując to, co im rzucę. Jestem na górze jakieś pół godziny. W oczach chmury się podnoszą i widoki znikają mi z oczu. Momentalnie robi się zimno, i zaczyna wiać silny wiatr. Dobrze, że wcześniej zrobiłem zdjęcia. Boję się, czy z tego nie będzie deszczu, więc zbieram się na dół, robiąc kilka fotek po drodze. Musze zdążyć na swoją kolejkę. Przy jeziorkach już nie wieje i się mogę rozebrać. Chmury przeszły szybko i znów zaświeciło słońce. Jest tu bajkowo, jak w zaczarowanej i nietkniętej przez człowieka krainie. Całe wejście i zejście, to bajeczne widoki. Odpoczywam trochę przy dolnym jeziorku i potem idę na zbocze. Trochę się ociągam, bo znowu lewe kolan mi doskwiera i dają znać o sobie palce. Te kompresy na kolano nic nie dały. Trochę leniuchuję na ławce w górze, zaraz przed małym Hutte.
image264

Kilka zdjęć, w tym fotki szklanych dwu centymetrowych myszek, które zawsze są ze mną, na każdym szczycie. Tam nie mogłem im zrobić zdjęcia, bo zbyt silnie wiało. Dwie myszki i fiołek alpejski. I tak przy asyście krowich dzwonków dochodzę do kolejki. Pan z obsługi, z którym rano jechałem, na mój widok pokazuje listę mówi: „Henri at 18.00.Ok?” Na tarasie zamówiłem sobie zasłużoną kawkę za 3 Franki, a miła pani kelnerka ma problem ile to jest w euro. Daję jej 2 franki i 1 euro. To ją zadowoliło. Zjazd, widoki i do „osiołka” na własną kawkę. Teraz śniadanio-obiad-kolacja i nóżki do góry. Zostanę tu w lesie znowu sam na noc. Rano dalej, w kierunku Zermatt, ale trochę zwolnię. Martwi mnie to kolano i palce.

Wieczorem przychodzi do mnie sympatyczny pan z obsługi kolejki i podaje mi kartę postojową opłaconą na 2 dni. Byłem zaskoczony, ale i wdzięczny. Zasypiam momentalnie. Rano przejechałem do Reichenau, żeby jechać boczną, trzeciorzędną drogą do Ilianz, ale już na początku mam problem z autem. Staję na parkingu w lesie na śniadanie, a moje autko nie odpala. Szukam pod maską, ale decyduję się na kontakt z córką, która skontaktuje się z mechanikiem. Znalazłem jedynie, że to zawór elektromechaniczny przy pompie paliwa nie działa poprawnie i odcina paliwo. Zdemontowałem go całkowicie zgodnie z zaleceniami mechanika i założyłem sznurek, żebym mógł go gasić. Trwało to prawie cały dzień, bo skończyłem o 17-tej, ale mogłem jechać dalej. Specjalnie wytyczyłem trasę przez wysokie góry, ponieważ droga ciągnie się wzdłuż głębokiego kanionu.
image265

Ograniczenia wysokości pojazdów i cudem się mieszczę, tylko, że pod górę brakuje czasem pierwszego biegu. Na 4 zakrętach muszę się wycofać. Szwajcarzy do tyłu, ponieważ brakuje drogi na skalnej półce. W zakrętach ledwo się złamałem, a i tak miałem wrażenie, że rysuję cały przód. Jadę cały czas po skalnej półce, gdzie mieści się jedno osobowe auto i są „mijanki”. Ograniczenie wysokości i szerokości spowodowane jest przejazdami przez tunele, ale dwa z nich to raczej tylko dziura wykuta w skale. Widoki piękne, przepaść pod półką wspaniała, wrażenia nie do opowiedzenia, tylko adrenalina chyba czasem za duża. Przejeżdżam przez metalowy most z 1897 roku i jadę wysoko do góry do małego miasteczka Wersam, gdzie główna ulica jest tak wąska, że mam wrażenie, że lusterkami porysuję domy.
image266

Zjazd do Ferrary, od której trochę szerzej, szkoda, że tylko mogłem stanąć zaledwie kilka razy, żeby zrobić zdjęcia. Tu i tak nie ma się gdzie zatrzymać, jedynie przystanąłem kilkakrotnie szybko z mijanki na mijankę. Na noc zjechałem na drogę Disentis na Olivone. Po drodze minąłem wspaniały potok za tunelem i ze ścianą wspinaczkową. Uroku dodawał jej wiszący most na linach na drugą stronę. Tym razem spałem wysoko pod Piz Medel, gdzie było dużo śniegu i dość chłodno w nocy. W nocy obudził mnie klakson, a za moment nieproszony gość, który uparł się, żebym zjechał ze skalnej półki. Ale tu na półce był mały zjazd i tu właśnie chciałem zostać, nie zawadzałem nikomu, ani nie stwarzałem zagrożenia, zakazu również nie było. Miałem w nocy otwarte drzwi a pod autem z progu wspaniała przepaść. Patrząc z auta miało się wrażenie, że stoi się w powietrzu. Szkoda, że już nie była pora na zdjęcia.
image267

Wcześnie rano o 5.00 zjechałem na dół, gdyż poranne śpiewy ptaków nie pozwoliły mi pospać dłużej. Zatrzymałem się przed Serum i do 9.00 spędziłem ranek na obowiązkach domowych. Dalej staję nad miasteczkiem na dużym parkingu z widokiem na dolinę i miasto. Jest tu kilka innych kamperów, podłączonych, do czego się da. Satelity i inne hity. Parking jest płatny, wiec zostaję tu tylko na godzinkę. Znajduję się w centrum narciarskim, wokół mnóstwo, ale najważniejszy dla mnie jest fakt, że nie pada, jak wczoraj, tylko od rana niebo jest pogodne, to dobrze dla mnie wróży.

Wjazd do góry to jedna wspinaczka, kompletny brak odcinków prostych, same zakręty, zakręty i do góry. Nad sobą nie widzę końca kaskad, na które trzeba wjechać, ale wreszcie mi się udaje. Na górze parking, restauracje i jeziorko, ale kolej, która tutaj wjeżdża to istny wynalazek wyczynowy. Pomiędzy torami są dwa pasy zębate i to tylko dzięki temu kolej może wjechać tak wysoko. System kół zębatych oczywiście jest też w wagonach.
image268

Teraz na mnie kolej by się stoczyć po tych zawijasach na dół. Żałuję, że nie mam kół zębatych w podwoziu mojego Lublina. Zjazd niczym się nie różni od wjazdu. Na dole miasto, do którego idą tylko serpętyny – Andermatt. Z Andermatt do Hospenta, da się przeżyć, ale cały czas droga biegnie do góry. Myślę, że tutaj to już trochę przesadzili, gdyż od dołu widze tylko 4 poziomy serpentyn jedna nad drugą, a na 12 poziomie już się pogubiłem. Wygląda to jakby jakieś dziecko narysowało szlaczek, a jakiś szalony inżynier zbudował zygzaki. Ciekawe, jak jeszcze wysoko i ile jeszcze poziomów, muszę gdzieś stanąć, auto mi się ostro zaczyna gotować. Na dole miałem wlane pełne zbiorniki wody a teraz brakuje w nich 1. Wszystko uciekło przez przelew. Zegarek na mojej ręce pokazuje 2354m n.p.m., a ja widzę, że to jeszcze nie koniec. Szkoda, ze widoczność słaba, gdyż chmury siadają coraz bardziej. Po prawej mam Aletschhorn (4195), Jungfran (4158) i Finsteraarhorm (4274), który czasem się odsłania. Po drodze mijam uroczy wodospad, ale nie mam jak się zatrzymać. Wjeżdżam wreszcie na górę i parking. Zaczyna się gradobicie, kołysze autem, tak wiatr się wzmógł. Pora na obiad, zatem, musze jeszcze umyć lodówkę i jeden pojemnik. Nic na zewnątrz się nie poprawia, więc zaliczam godzinną drzemkę ukołysany wiatrem w samochodzie. Ledwie podjechałem kilkaset metrów na drugi parking, przed zjazdem już zaczęła się burza. Jest mokro i pada raz śnieg raz grad, jakaś anomalia, a w dodatku walą pioruny. Chyba zostanę tu na noc, gdyż dla Lublina to z pewnością zjazd zbyt niebezpieczny, bez względu na umiejętności kierowcy. Za moment w ogóle już nic nie widać. Mleko dookoła, a na zewnątrz jeden łoskot i błysk. Widzę jak kampingi, cofają się kilka metrów od krawędzi, gdyż stały tuż przy kilkusetmetrowej przepaści. Jest tak silny wiatr, że cały czas wyłącza ogrzewanie, fantastycznie, kolejna lodowa noc.
image269

Od godziny 16-tej poprzedniego dnia, tylko czekam na jakąś poprawę. Zamiast tego w nocy o 1.00 jest tak silny wiatr, że muszę jeszcze wycofać auto do tyłu znad krawędzi. Wszystko po omacku, tak sypie śniegiem, że wszystkie okna są zasypane i zalodzone. W środku lodówka, ogrzewanie się dusi i zaraz wyłącza. Jestem na wysokości prawie 2500m n.p.m., na zboczu Dammastiock (3630m), ale i tak jej nie było widać w ciągu dnia przez chmury. Zakładam wszystko na siebie, co ciepłe i ładuję się do śpiwora. Pomyślałem sobie, że jak grzał na Kaukazie to i tu na pewno zda egzamin. Do 6.00 słuchałem tylko, co się dzieje. Rano dalej chmury i śnieg, stoję na lodzie. Około 9.00 rozpoczęła się aktywna akcja odśnieżania drogi, jedni zjeżdżają z góry i spychają, inni jadą do góry i sypią. I tak w koło. Ale woda spływająca przy tym wietrze przymarza w ciągu kilku sekund. Około południa kilka wozów przejechało. Patrzyłem z góry jak sobie radzą. Było to toczenie się dla toczenia, ale nie mogłem stać tam wieczność. Zjechałem i ja, do Glesch się stoczyłem. Ale dalej to samo. Serpentyny i ostre zjazdy. I tak się wije droga do Oberwaldu. Potem już trochę lepiej, choć trochę kręcenia znowu w okolicach Flesch, ale tu jest przynajmniej sucho. Z Visp pojechałem do Tasch w okolice Zermatt. Na szczęście jest też stacja benzynowa, bo po drodze zapomniałem zatankować. W ciągu dnia kropi od czasu do czasu i chmury siadają. Nic nie widać w okolicy. Wiatr się dalej utrzymuje, ale nie taki silny. Informacje o pogodzie na jutro są dobre. Ma nie padać, ale od tygodnia jest tu różnie w ciągu dnia. Dzień się zaraz skończy i przygotowuję się na jutrzejsze wejście. Za tunelem stanąłem, żeby coś zjeść. Nie padało, więc poszedłem w stronę wodospadu. Chciałem sprawdzić jak chodzą zawiasy w kolanie, a po godzinie wróciłem, bo zaczęło padać.
image270

O 6.00 jestem już gotowy – wszystko spakowane, tylko kawa i rodzynki na drogę. Z Tasch do Zermatt jeżdżą taxi, ale było za wcześnie, żeby zebrać 10 osób, wiec pojechałem koleją. To tylko 8 km, ale drożej. W Zermatt trochę podreptałem główną ulicą. Tu wszystko jest ustawione pod turystów komfortowych. Raczej nie tych, co łażą po górach, tylko pod te całe tłumy, które ciągnie się autokarami. Hotele, restauracje, sklepy z różnym padziwiem i złotem. Wszystko, co się da upchnąć. Na wielu sklepach napisy po japońsku. Japończycy są wszędzie. Całe tłumy, które fotografują wszystko. Wróciłem się do kolejki górskiej, która wspina się do góry prawie 50 minut do stacji Gornergrat. Po drodze kilka stacji, a na samej górze wielka budowa. Po drodze widać, że wszędzie gdzie jest możliwe, coś się buduje. Jak najwyżej, jak najwięcej? Gdy kolejka wyjeżdża z kolejnego tunelu, ukazuje się Matterhorn. Co za wspaniały widok?! Oglądałem tą górę setki razy na różnych zdjęciach, ale tego widoku nie da się opisać!! „Góra gór” i z pewnością najpiękniejsza góra Europy. Panorama wspaniała pokazuje się jadąc wyżej. Cały mur czterotysięczników. A wszystkie jak na dłoni przed moimi oczami: Liskman, Pollux, Castor, Breit, Horn. Z drugiej strony Weisshorn, Dent Blanche. Potem już w całej okazałości drugi szczyt Alp – Dufourspitze ze swoja wąską granią. Kilka jeziorek poniżej. Wracam jedną stację niżej do Rotenboden, a stąd idę do schroniska Monte Rosa Hutte położonego na wysokości 2795m. Z górnej stacji droga prowadzi na dół, a za plecami cały czas mam Matterhorn. Oglądam się wiele razy, bo nie mogę się na niego napatrzeć. Po lewej od niego przed Breithornem, mały Matterhorn. Cały jego stok zabudowany jest kolejkami, ale wygląda trochę śmiesznie, mały czubek wystający na grani. Castor i Pollux zasypany jest grubą czapą śniegu z dużymi nawisami. Całe zbocza od Breithornu do Dufoura zasypane.
image271

Przede mną długie zejście w dół do pierwszego lodowca. Ten do przejścia w miarę bez problemu. Potem przez obsunięte kamieniste pole i drugie pole lodowe. Tutaj trochę trudno ze względu na duże szczeliny, woda spływająca z gór tnie ten lodowiec na wielkie bloki. Im wyżej, tym większe szczeliny, jeden wielki labirynt szczelin. Przeskakuję wiele razy, bo nie ma innej drogi. Niektóre głębokie szczeliny słychać dużo wcześniej, z wielkim hukiem woda płynie dnem, a odgłos jest taki sam – głośny jak przy wodospadzie. Niektóre spękane bloki obsuwają się na dół ponad metr. Wszystko widać jak siada. Kilka pułapek po drodze, widać jak pod zamarzniętą skorupą lodu płynie szeroko woda. To przejście zajmuje mi ponad godzinę. Potem już ostro do góry zboczem, po drodze na płaskiej ścianie dwie poręczówki. Wejście nie stanowi większego problemu, tylko jest wysiłkowe. Na zboczu schronisko z dużym tarasem. Słońce cały czas się utrzymuje, za co jestem wdzięczny niebiosom, że nie pozbawiają mnie tego wspaniałego widoku topiąc go w chmurach. Ze schroniska mam widok na pola lodowe i Matterhorn w całej swojej okazałości. Po lewej znów Liskam, Castor i Polux, a za plecami Dufourspitze, ale nie jest w tym momencie dobrze widoczny – zasłania go skalna ściana. Powyżej już bardzo duże pokrywy śniegu. Po 4 godzinach widać jak na płaskim zboczu Matterhorn jest coraz mniej śniegu. Dzień wcześniej spotkałem trzech Polaków, wybierali się na Doufora, a potem przymierzają się na Matta. Powodzenia. Oby im się udało. Mogłem trochę pokłapać po naszemu, bo prawie od półtorej miesiąca z nikim nie rozmawiałem po polsku, miła odmiana.
image272

W schronisku zafundowałem sobie słodkie bułeczki i wyciągnąłem nogi. Po 17-tej słońce zmalało i pokazały się chmury na Matterhornie. Zrobiłem sobie jeszcze godzinny spacerek do góry, żeby popatrzeć na Doufora. Po powrocie na tarasie siedzieli gęsto zbici Japończycy. Nawet było cicho, tylko ciężko dyszeli. Wszyscy przykładnie pochłaniali obiadek, a w schronisku było ich jeszcze ze 20 osób. Niektórzy śmiesznie wyglądali – poubierani jak w żurnalu alipinistycznym, buty-skorupy na nogach, kilku miało nawet czekan i wysokogórskie okulary. Jeden obwiązany był kawałkiem liny, a inni w spodniach od garnituru, ale w alpinistycznej kurtce. Przewodnicy robią im takie wycieczki do schroniska, upychając, co się da. Obroty muszą rosnąć. Oni są główną siłą napędową turystyki w Zermatt. Po posiłku ustawili się w kolejce i zaczęli schodzić na dół, żeby zdążyć na ostatnia kolejkę. Mnie zostało tylko czekać do jutra.
image273

Przed czwartą rano zwijam namiot ze śpiworem i schodzę niżej, zostawiając go w dziurze. W nocy nie było tak źle. Zostawiam kilka rzeczy i zbieram się do wyjścia. Bokiem przechodzi dwóch Włochów, a słychać ich jakby była ich cała gromada. Po pół godzinie spotykam ich wyżej. Jest dyskusja, w lewo czy w prawo. Jeden z nich upiera się w prawo, ale ja uważam, że w lewo i tak idę. Jest trochę starych śladów. Zakładam raki i idę do góry. Jest mijam kilka małych szczelin i nie mam żadnej asekuracji. Zacinam się w jednym miejscu i zastanawiam się czy dobrze poszedłem. Dochodzą Włosi i proponują, żebym się wczepił w linę, ale tej liny maja zaledwie 10 metrów. Chcą, żebym się wczepił w środek, ale uważam, że to będzie za krótko. Rezygnuję, więc z asekuracji i idę za nimi. To przejście zabiera mi 2 godziny. Do przełęczy nie ma trudności technicznych, tylko czasem zapadam się w głębokim śniegu, gdy do niej docieram, odpoczywam i czekam na widoki. Jest przed ósmą i chmury dalej siedzą nisko. Przez chwilę odsłania mi się ściana Liskamma i czasem coś się pokazuje. Ale ja czekam tylko na jeden widok – na Matternhorn. Widać jak czasem słońce się przebija, wiec jest jeszcze trochę czasu. Od przełęczy trudno, a czasem nawet bardzo trudno.
image274

Największa trudność to już na samej eksponowanej grani szczytowej, ale ten wysiłek mnie trochę dobija. Dochodzę na górę, grań wąska i mleko dookoła. To mnie na prawdę przygnębia. Ale jestem – Dufourspitze (4634 m n.p.m.). Chciałem tylko zrobić jedno zdjęcie na Matta z góry, ale nic z tego. Przychodzą ci sami Włosi i po 10 minutach proponują wspólne zejście. Schodzimy blisko jeden koło drugiego, dwa razy korzystam z ich liny. Do przełęczy zeszło trochę czasu, i tu odsłania się czasem widok w stronę Castora i Poluxa. Dalsze zejście to już dreptanie po śladach. Na końcu lodowca przebija się słońce. Robię sobie wyrzuty, że nie wchodziłem dzień wcześniej. Tak naprawdę to chciałem trochę odpocząć, bo miałem tylko dwa dni przerwy. Zabieram resztę rzeczy z dziury i schodzę do schroniska. Tutaj jestem tylko 15 minut, uzupełniam trochę wody. Kręci się tu za dużo ludzi i opuszczam ten mały tłumek. Musze zdążyć na kolejkę. Kuśtykam na lodowcu. Na zejściu od schroniska znowu odezwało się kolano. Jest ładne słońce, ale nie wyciągam już aparatu. Wczoraj robiłem całą panoramę. Muszę iść w równym tempie. Od szczelin droga tylko do góry. Do kolejki przykuśtykałem po szóstej. Za dwadzieścia minut będzie zjazd na dół. Wsiadam do kolejki, która idzie na górę. Nie będę czekał i tak tą sama kolejką będę zjeżdżał. Chciałem jeszcze raz z góry popatrzeć na całą dolinę i ściany. Zjeżdżając na dół, ostatni wspaniały widok na Matta. Piękna góra i ten żal, że nie mogłem zrobić zdjęcia na całą dolinę. Trudno. Nie można mieć wszystkiego. Ale pobyt tutaj w dolinie wśród tych czterotysięczników z Matternhorn na czele jest wart każdego wysiłku. W Zermatt przesiadłem się do kolejki i zjeżdżam do Tasch. Nie zostaję tu na noc, pojadę gdzieś w okolice Sion.
image275

W nocy było nawet ciepło, a rano rozważałem pójście do lekarza, bo odkleił mi się paznokieć u nogi, który mi doskwiera od Rumunii i mnie boli, szczególnie przy chodzeniu. Jednak przy porannej kawie wykonałem sobie bezkrwawą operację i lekarz już mi nie był potrzebny. Teraz tylko ściągnę na płyt kartę ze zdjęciami. Śniadanko i żegnaj Szwajcario, do granicy godzinka jazdy. Droga z Sion to jeszcze nie problem, którym okazała się być droga do góry na przełęcz. Cztery razy pod górę tarasował mnie jakiś kamping i musiałem zjechać na pobocze. Prawie po dwóch godzinach byłem dopiero na górze. Parking, restauracja i duży taras. Widoki piękne i mogłem trochę odpocząć i uzupełnić wodę. Ale taka sama stroma jazda na dół do granicy z Francją. Pobyt w Szwajcarii jest dla mnie zawsze dużym spełnieniem. Pomimo załamania się pogody na górze, pobyt w dolinie w towarzystwie Matternhornu jest dużą rekompensatą. Zawsze odczuwa się jego wielkość, tak jak wielkość tych czterotysięczników, które obcują wkoło niego Myślę, że w przyszłym roku będąc w drodze zatrzymam się na kilka dni, żeby oddać mu pokłon.