ikona4

 

 

 

Po pobudce o 5-tej rano, kawka i przejazd do Jasienic. Tutaj tankuję cały bak i chcę zrobić zakupy, gdyż na górze pod Grossem ceny w schronisku za jedzenie są wiele wyższe niż np. w normalnym sklepie tu na dole. Piszę zaległe 2 dni raportów, bo chcę wysłać płyty Monice, potem już tylko do Kranijskiej Góry i żegnaj wspaniała Słowenio. Dalej do Kals pod Glossglocknera, myślę, że powinienem tam być już wieczorem. Granice przekroczyłem w Podkoren. Dalej Villach w kierunku Szpital d.Drau.
image182

Po tortolini z sosem Bolońskim skonsumowanym na obiad i godzinnej drzemce nie spieszę się, bo z Kals na górę do Lucknerhaus chciałem wjechać po 18-tej, wtedy nie płaci się „bramkowego”. Na parkingu ukazał się w całej swej wspaniałości i dostojności cały Gross – „Wielki dzwonnik”. Jest bardzo dużo śniegu i mgła, wygląda, jakby sama Królowa Śniegu oszroniła go dla błękitnego blasku. Toni sprawdzał mi pogodę i uprzedzał mnie przed śniegiem oraz bym pamiętał, że teraz na lodowcach są na prawdę duże szczeliny. Jest 19.00. Dowiaduję się o pogodę jutro, ale prawdopodobnie będzie zła. Będę musiał sprawdzić o 4.00 rano jak sytuacja wygląda. I tak mam zamiar spać na górze w Erzherzog Johann Hutte z względu na kolana, nie chcę ich przeforsować. Dzisiaj zostaje mi herbatka i wcześnie spać. Jest bardzo zimno i strasznie wieje wiatr. Mówią, że w nocy na górze było –20 stopni, więc ni będzie łatwo, już teraz to wiem.
image183

Spałem do 14-tej, było tak zimno, że nie mogłem się wygrzebać. W nocy na górze padał śnieg. Tu u samego podnóża na przemian deszcz i grad. Zrobiłem sobie ciepłe leczo z pieczarkami i poszedłem się przejść, bo pokazało się słońce tylko na godzinę. Wiatr okropnie zimny uniemożliwiał mi jakiekolwiek zagłębienie się w teren, zrobiłem więc zaledwie kilka zdjęć i musiałem wracać, bo znowu rozpadał się grad. Przygotuję się na 4.00 rano na następny dzień, może coś się poprawi. Przecież i tak będę spał na górze na lodowcach, jednak boję się, że wiele szczelin będzie zasypanych świeżym śniegiem, jak przyjdzie w nocy znowu tak duży mróz, stworzy pozornie bezpieczną warstwę. Bezpieczną wyłącznie na kijek, ale nie na człowieka. Wszystko to opóźni bardzo moje tempo. Martwię się o przejście pomiędzy małym Grossem, a właściwym szczytem.
image184

To przejście jest wyjątkowo wąskie i oczywiście ta fantastyczną przepaść na około 300 m. Jak będzie nawiany śnieg to będzie ciężko. Jakbym nie szedł sam, to pewnie nie musiałbym teraz się martwić podwójnie. Wiadomo jest, że nawet we dwójkę, czy w grupie, każdy odpowiada za siebie przede wszystkim. Ale w grupie jeden drugiemu nie raz skórę uratował. Tu jestem sam, więc gorąca herbatka, czekanie, herbatka, zimno i to potworne czekanie.
W nocy oczywiście nadal zimno, nie wiem czemu liczyłem na to, że przyjdzie nagłe lato na Grossa. Najpierw pada grad, a potem jeszcze śnieg. O 5-tej jestem już gotowy do wyjścia. Plecak spakowałem wczoraj, mam mało rzeczy. Raki, czekan, ochraniacze śnieżne, czapka, rękawice puchowe, koszula, konserwa, kawałek chleba, uprząż, lonża, 15m liny, 2 karabinki i 2 taśmy rurowe. Połowa i tak jest do założenia na górze. Ale jest szaro – Grossa nie widać, palą się tylko dwa światełka w górze u pasterzy.
image185

Na samochodach śnieg, i ten diabelnie silny wiatr. Poczekam może jednak jak się rozjaśni. Powiedziałem sobie, że wyjdę, jak się błyśnie słoneczko, albo pokaże się Gross. Około 7-mej zaświeciło na chwilę, ale Gross dalej zasłonięty przez gęste chmury. Przed 8.00 zbieram się do wyjścia i myśląc, że jak będzie bardzo źle, to zostanę w Johann-Hutte albo zawrócę. Drogą z Lucknerhause do Lucknerhutte idzie się dość szybko. Tam nawet nie robię odpoczynku, idę równym tempem, więc nie jestem zmęczony. Do Studl-Hutte na wysokości 2801 m. jest pokręcone przejście. Kossówka, szuter i zaczyna się śnieg. Schronisko ma łukowaty dach, przysypany śniegiem ciekawie wygląda. Ale tutaj już opadają chmury, więc widoczność żadna. Chwilami są tak gęste, że jak się obrócę, nie wiadomo, w którą stronę iść. Podejście do schroniska dość strome, więc robię chwilę przerwy przed lodowcem. Muszę założyć raki i nic więcej nie wyciągam.
image186

Przejście przez lodowiec Kodnitzkers to prawie godzina. Mijam dużą szczelinę po lewej i kilka małych. Potem przejście w prawo pod grań nie jest łatwe, wyszukuję najbezpieczniejszej trasy, ponieważ świeży śnieg mógł mieć pod sobą przepaść. Potem dość wysiłkowe wejście, ściana do góry. Tu wyciągam czekan, ale nie zakładam uprzęży, ani lonży. Nie będę się asekurował, ponieważ część ferraty jest zasypana. Może dwa razy widziałem pręt ledwie wystający spod śniegu. Znam tę drogę z ubiegłego roku i wiem którędy idę. Wejście jest dość meczące i długie. Z góry doskonale widać cały lodowiec i szczeliny. Grań do Erzherzog-Johann-Hutte na 3451 m n.p.m. Zmierzam w prawo trochę wypłaszczonym terenem, ale schroniska nie widzę. Cały czas są chmury i ani razu nie odsłonił mi się Gross. Znalazłem schronisko, ale byłem już nieźle wymęczony. Chodzenie i zapadanie się głęboko w śniegu nie jest moim ulubionym zajęciem.
image187

Kombinowałem czy się odmrozić i znowu wyjść na zimno, czy tylko odpocząć. Nie lubię takiej zmiany temperatury na chwilę. Schowałem się za ścianą schroniska i wykombinowałem, że pójdę jeszcze tylko na ścianę do przełączki. Początkowo za schroniskiem łagodnie, tylko dużo śniegu. Potem już strome zbocze około 200-300 metrów. Do połowy ciężko, bo się zapadam kilka razy albo mam nawet małe osunięcia w dół. W górnej partii robię większy trawers i wykorzystuję czekan, więc jest trochę lżej, ale czasem jest płytko, więc to znowu wszystko komplikuje i utrudnia. Pod spodem skała i raki się nieźle ślizgają. Mało przyjemne, kiedy dzieje się to niespodziewanie. Na górze przed przełączką na grani siedzę sobie trochę na plecaku, bo palec u lewej nogi daje mi znać o sobie. Mam wciąż wspomnienia po Rumunii w postaci całego odklejonego paznokcia, a kopanie rakami w zboczu mu bardzo nie służy. Z tego miejsca są wspaniałe widoki pod warunkiem, że jest dobra pogoda, więc dziś nie jest dane mi się nimi nacieszyć, jak w ubiegłym roku. Myślałem, że chociaż przez chwilkę odsłoni mi się schronisko i będę mógł zrobić jakieś zdjęcie. To miał być koniec mojej trasy i zejście do schroniska, ale trochę mnie korciło. Nie mam obciążenia, bo w plecaku prawie pusto i nie jestem jeszcze bardzo padnięty. A może tylko tak do Małego Grossa, pomyślałem. Bardziej chyba nęciło mnie przejście go góry wzdłuż prętów.
image188

To właśnie tu w tamtym roku złapałem poślizg i zsunąłem się na grań. Pamiętam to hamowanie i jak się zagotowałem w minucie. Wtedy była piękna pogoda i pod butami zobaczyłem tylko przepaść. Powiedziałem sobie, że mogę zostawić tu plecak i spróbować innej techniki. Potrzebowałem tylko czekan. Ze zdjęć nici, bo trudno robić białe chmury, zabrałem tylko telefon i wpakowałem go do wewnętrznej kieszeni, tak na wszelki wypadek. Przypiąłem do spodni rękawice puchowe i to wszystko, żeby uniknąć poślizgu. Wbijałem czekan i robiłem dwa kopnięcia rakami, podpierając się na kolanach. Przy tak silnym wietrze było bezpieczniej i nie byłem narażony na gwałtowne przechyły. Pozycja raczkująco-kolanowa, ale dobrze się sprawdzała. Minąłem kilka prętów i szło całkiem dobrze. Nie stresowałem się dodatkowo, że za mną jest przepaść kilkaset metrów, bo jej nie widziałem, ale przy prętach uświadomiłem sobie, że przecież zabrałem linę po to, żeby właśnie tu się asekurować. Doszedłem na górę Małego Grossa. Mleko wokoło tylko przygnębiało, nawet nie widać całej ściany, już nie mówiąc o krzyżu. Lekko na dół i sobie przysiadłem na chwilkę, zimno tylko psuło mi nastrój do reszty. Chodziła mi myśl po głowie, czy warto jutro zaczynać te wielkie zbocze od nowa, ale przesuwałem się na tyłku do przejścia na Grossa. Tu już zaczęły się naprawdę schody. Bardzo wąska grań, przejście w rzeczywistości to około 40 centymetrów, może odrobinę szersze. Nawiewy śnieżne od wiatru spowodowały, że to przejście w jednym miejscu było o wiele szersze.
Przypomniało mi się jak Toni mówił o Triglavie, że któregoś czwartku zawracał dwóch Czechów, żeby nie szli na grań, bo jest świeży śnieg i są nawisy, ale chłopcy byli mądrzejsi i poszli. Ostrzegał, że gdzieś na zawianym płacie może zabraknąć skały pod butem, no i tak to się chyba stało, bo ich akcja ratunkowa z ziemi i z powietrza trwała do poniedziałku. Odkopali ich, bo gdzieś z boku znaleźli czekan.
image189

Wiatr i zimno trochę zniechęcał mnie do dalszej próby, ale ciągle wracała myśl, że przecież jutro będzie ten sam problem, więc… Zsunąłem się bardzo blisko przejścia. Siedziałem na tyłku, szeroko rozłożyłem nogi i czekanem dziobałem brzegi raz z prawej, raz z lewej, co mogłem to spychałem z boków i tłukłem mocno czekanem upewniając się, że tu musi być środek. Może to śmiesznie wyglądało, siedzę okrakiem na przełęczy Obere Glocknerscharte, jak dzieciak w piaskownicy i bawię się toporkiem, ale sytuacja była poważna. Z prawej strony w dół biegnie Rynna Palawiciego, jedna z klasycznych i najbardziej znanych alpejskich dróg lodowych, a z lewej miałem przepaść-zbocze. Nie odczuwałem żadnych dolegliwości spowodowanych wysokością, żadnych lęków, bo grzebałem się, co prawda wysoko, ale moje podwórko w zasięgu oka było małe. Myślałem tylko o tym, żeby oznaczyć jak najdokładniej środek przejścia. Właśnie tylko o tym myślałem. Zdawałem sobie sprawę, że odchyłka i brak skały pod nogą skończy się pewną śmiercią. Po dłuższym grzebaniu powiedziałem sobie: co masz zrobić jutro, zrób teraz. Podniosłem tyłek, przesuwałem się do przodu bijąc czekanem to troszkę w lewo to troszkę w prawo. Te kilka metrów do przodu można również nazwać niecenzuralnie. Kiedy oparłem się o ścianę Grosa to powiedziałem do siebie kilka innych wulgaryzmów, nie wiedząc dokładnie co przeklinam: zawzięcie, upartość, głupotę czy pogodę.
image190

Z blokami skalnymi na początku wejścia poszło mi nawet łatwiej, niż się spodziewałem. Musiałem tylko dużo się nakopać, żeby mieć pewne podparcie, czułem wtedy podświadomie, że za plecami mam wielką przepaść, ale jej nie widziałem. To przejście zabrało mi dużo czasu, ale jak żółw posuwałem się po blokach skalnych w górę. Trochę mi ulżyło jak teren się poprawił i było mniej wspinaczki. Teraz bałem się tylko o silny wiatr. Zobaczyłem naciągi Krzyża. Siadłem objąłem ręką naciąg i tak siedziałem. Witaj na szczycie głupku!! Tak się właśnie ładnie przywitałem. Kompletnie rozczarowany, żadnych widoków, mleko dookoła, widać tylko, jak chmury pod wpływem wiatru szybko zmieniają kierunek. Załamanie, rozczarowanie i myśl o zejściu jeszcze bardziej mnie dobiły. Bardzo silny wiatr, ściągam stopery w kapturze chyba tak, że tylko już mogę się udusić. Potworne zimno. Wpadłem na pomysł, że może wyślę SMS-y, ale jak pomyślałem o zdjęciu rękawic to mną tylko zatrzepało. Jakoś się jednak zdobyłem. Teraz już zrozumiałem, że to bezsens robić jakiś szczyt w taką pogodę, kiedy nic nie dostaje się w zamian. Nie widać wysokości, nic nie widać, czasem na chwilę odsłoni się jakiś czarny kawałek grani, czasem przeleci jakiś obrazek czegoś ośnieżonego. Kompletnie mnie to przygnębiło. Myśl o przejściu dolnej partii bloków skalnych jeszcze gorsza. Zimno szybko mnie wygoniło. Popatrzyłem tylko na metalowy krzyż, który jest może dwa razy większy ode mnie, obyś się nie dorobił tabliczki na skale, jakaś taka czarna myśl przeszła mi przez głowę.
image190

Do połowy w dół, jako tako, na blokach wykonałem chyba wszystkie możliwe kombinacje. Tyłem, przodem, różnie, ale czułem, że koszulkę mam lekko spoconą. Nie obawiałem się już przejścia przez tę wąską grań-przejście. Kiedy przesuwałem się tą samą techniką, to kilka razy popatrzyłem w lewo. Tak liczyłem na zdjęcia z przełęczy. Znowu sobie posiedział kilka minut w tym samym miejscu. Teraz przypomniałem sobie, gdzie miałem trudności na Małym Grossie. Skupiłem się nad następnym przejściem. Jakże teraz bardzo przydałaby się lina! Mógłbym bezpiecznie wykorzystać pręty asekuracyjne, ale plecak z liną leży właśnie na końcu tego zbocza. Wciąż bardzo silny wiatr spowalniał moje zejście zboczem. Nieźle manewrowałem pomiędzy prętami. Gdybym znowu złapał tu poślizg jak w ubiegłym roku, miałem chociaż szansę. Ostatni pręt od przewężenia na grani jest za daleko. To tylko kilka metrów, ale tu jest chyba najniebezpieczniej. Poślizg w tym miejscu to albo w kierunku przepaści z grani, albo jak się uda, to upadek z uskoku prosto na bardzo strome zbocze. Nie wiadomo co lepsze. Tu kilkaset metrów i tu kilkaset metrów. Od pręta schodzę twarzą do zbocza. To jedyne rozsądne rozwiązanie. Pod przełączką niespodzianka – nie ma plecaka. Nie mógł przecież spaść. Okazało się ku mojej wielkiej radości, że jest tylko zasypany. Inaczej teraz rozłożyłem zejście stromym zboczem. Bałem się osunięcia w górnej partii i rozciągnąłem trawers. Po 2/3 zejścia już miałem to samo, co zawsze na zejściu, na pakudny ból w kolanie i palce u nogi. Przeciążenia na kolanie i palce to już chyba najgorsze, co mnie dzisiaj czeka. Na dole trochę ślizgiem, trochę na tylnej części ciała i doczłapałem się wreszcie do schroniska. Przed budynkiem trzech facetów popala papieroski. Przyłączyłem się, ale po jednym pociągnięciu, myślałem, że się uduszę. Oni nie idą już dalej. Rano wracają na dół, bo jeden z nich ma duże bóle głowy. Ten najmniejszy dał mi pociągnąć herbatę z termosu. Zrobiło mi się bosko, ale termos oddałem pusty. Mówią, że jest 18,00. Długo się grzebałem, ponad 10 godzin, ale teraz gdybym tylko złoił lodowiec na dole za widoku, to mogę wracać, dam sobie radę nawet po ciemku. Myśl, że w moim domku na kółkach trochę dobrego jedzonka i ciepłego picia, zgania mnie na dół. Zejście ze stromego zbocza na lodowiec rozkłada mi całkowicie kolano. Przejście przez lodowiec to jedno kuśtykanie, ale kiedy doszedłem do Studl-Hutte, zejście momentami nawet było łagodniejsze. Tylko dwa zbocza do pokonania. Jakoś pogderałem na siebie i poszło. Ucieszyłem się, kiedy z góry zobaczyłem światełka w Lucknerr Hutte. Zwolniłem i już płasko spacerkiem, ale przy potoku myślałem, że droga nie ma końca. Wydawało mi się, że depczę w miejscu.

image192
I wreszcie hasełko do mojego autka – „Witaj Osiołku – wrócił jeszcze większy osioł od ciebie”. Jest po 23.00, ładnie. I wydarłem pysk, jak zawsze: „Kto dzisiaj zrobi coś ciepłego do żarcia?” Było wiadomo – wypadło znowu na mnie. Ale miałem na tyle siły, żeby zrobić dwie herbatki i kompres na kolano, na szczęście łóżko miałem posłane. Nie czułem wielkiej radości z zdobycia tej góry. Żadnej satysfakcji. Żadnych widoków – żadnych zdjęć. Zimno, wiatr i śnieg. Duże zmęczenie, a już na pewno za duże ryzyko. Ale jak to sobie wytłumaczyć, kiedy wiesz, że metry dzielą cię od szczytu, kiedy chcesz się niepotrzebnie sprawdzić w różnych sytuacjach. Myślę, że przed każdym szczytem powinien wisieć wielki gumowy młotek. Szczególnie, kiedy są takie warunki jak dzisiaj, a przecież te odklejające się paznokcie to wciąż Kaukaz, już ponad 3 lata temu! A wciąż to Elbrusowi zawdzięczam! Czy jedna lekcja nie wystarczy? Pęd do góry. Wielu za to zapłaciło i chyba nikt nie znalazł odpowiedzi
image193

W nocy zimno i to bardzo, padał jeszcze śnieg. Rano zjechałem jeszcze do Kals na kawkę, potem całkiem na dół do Huben i dalej do przełęczy. Na parkingu przed tunelem pokazało się słońce. Poczekam jednak jeszcze i dopiero później wyskoczę z grubych ciuchów. Jest tam taki dobry parking dla kampów. Można opróżnić brudna wodę, nalać czystej, pozbyć się toalety, posprzątać i zrobić pranie. Tak jak ostatnio rok temu w tym miejscu, tylko wtedy świeciło słońce i było ciepło. Teraz wypadło tylko to na mnie. Piękny przejazd pomiędzy Grossglocknerem, a po lewej Grossvenediger. Na szczytach leży śnieg. Trochę zaczęło się ocieplać i nasłoneczniać. Na parkingu spotkałem rodaków z Rzeszowa, jechali z dziećmi przyczepą kampigową. Załapałem się na dobrą kawkę, bardzo sympatyczna rodzinka. Jadą do Kals i namawiam ich na wjazd do Luckner Hause. Po całym tym bałaganie pojadę już w stronę Garmisch Partenkirchen.