ikona17

 

 

Rano wyjazd w stronę Kirusy – kolej teraz na Kebnekaise. Po ośmiuset kilometrach docieram do miasta, w którym obżerałem się lodami. Teraz nie mogło być inaczej. Pierwsze kroki skierowane do sklepu w poszukiwaniu wielkiego kartonu z lodami – tych samych o tym samym smaku – waniliowe z wiórkami czekoladowymi. Co za rozkosz. Poprzednim razem buszowałem kilka miesięcy po Skandynawii, więc jak pomyślę o tych ilościach, które zjadłem, to ten karton i wspomnienia zadowoliły mnie całkowicie. Z Kiruny pojechałem do Nikkaluokty – osady otoczonej z jednej strony górami, a z pozostałych stron bagnami. Stoją też tutaj lapońskie chatki ziemne. Camping z ładnym wystrojem i z restauracją. Ciekawe obrazy przedstawiają Lapończyków, poroża łosi i reniferów, sklepik z pamiątkami. Za późno na wyjście, więc wracam się do rzeki i tutaj zostaję na noc. Rano wyskok na ryby i po 15 minutach złapałem szczupaka, który ważył kilka kilogramów.
image293

Trudno mi ocenić, ale jego długość liczyła około 60cm. Nie mówię, że było łatwo, ale tego nikt nie obiecywał. Ale za to na patelni wyglądał i smakował znakomicie. Po takim śniadaniu nie musiałem się śpieszyć, bo podejście do schroniska to 18 kilometrów przejścia przez bagna i to wszystko, co można zrobić w tym dniu. Kładki na bardzo podmokłym terenie ratowały buty i suche nogi. Kolorystyka znów bajkowa – wszystkie kolory żółci i czerwieni. Po drodze mała przystań, gdzie można przepłynąć jezioro Laddjujohka około 5 kilometrów łodzią z Ladtjovspekalan do Loddjuvaggi. Ale mnie to nie interesowało. Na prawo znajduje się lodowiec Storglaciaren – najbardziej zbadany lodowiec świata. Na miejscu niespodzianka, śmigłowiec likwiduje schronisko, już jest po sezonie. Ale dostaję pokój ogrzewany i zostaję. Fuks, bo jeszcze dwa dni będą panowie, którzy mają coś tu do zrobienia.
image294

Pogoda trochę się załamała i zaczęło być pochmurnie. Schronisko stoi w ogromnym kotle skalnym otoczone z trzech stron ścianami. Rano wymarsz i bardzo duża mgła. Jest o wiele zimniej jak wczoraj. Droga wyprowadza z schroniska do góry do przełęczy Vastra Leden. Nie ma widoczności i nie widać szczytów, silny wiatr nie ustępuje. Potem zdobycie Vierramvare i zejście około 300m w dół na przełęcz Kaffedalen. Stąd zaczyna się atak szczytowy. Myśl, że przebyłem taki kawał drogi nie pozwala zawracać. Pomyślałem, że jak będzie źle to mam po drodze na górze schron i będę mógł przenocować. Wejście na szczyt nie powinno zabrać więcej niż 6 godzin i ta myśl dodaje mi kopa. Minąłem schron i we mgle i silnym wietrze podchodziłem dalej. Pod szczytem spotkałem Yeti. Okazał nim się facet mający 210cm wzrostu, barczysty obładowany do granic przyzwoitości. Na plecach wielki plecak, z którego wystawał czekan, wędki i jakieś kije. Na klatce piersiowej powieszony drugi plecak dwa razy większy od mojego, obwieszony bidonami, woreczkami, lornetką i innymi drobiazgami. Yeti to przemiły i ciągle uśmiechający się Francuz, który jest już trzy miesiące w Skandynawii i przemierza ją pieszo.

image295

 

Wielka dłoń wyjęła z kieszeni aparacik i pstrykałem mu zdjęcia, w pozach, w jakich się ustawiał. Oczywiście na zasadzie wzajemności zrobił mi też zdjęcia moim aparatem. Pośmialiśmy się trochę ze śladów odbitych butów na śniegu i powiem, że proporcja była dwa do jednego. Dostałem bidon z piciem na pamiątkę i każdy poszedł w swoją stronę. Oblepiony śniegiem wyglądałem jak bałwan i tak się czułem. Nie cierpię jak na górze nie ma widoczności. Biało, wietrznie i jak zawsze mało satysfakcji z podejścia na górę. Nie zawsze jest kolorowo i zdawałem sobie sprawę, że jest późno i zima tutaj atakuje o wiele wcześniej. Dalej już tylko wejście pod kopułę lodową, która zwieńcza czubek Kebnekaise. Jest to najwyższy szczyt w Europie położony na północ od północnego koła podbiegunowego zwanego po lapońsku ‘Giebnegáisi’.
image296

Zejście pod przełęcz w rakach już na większym luzie. Nie potrzebny już jest czekan czy kijki. Tylko zamieć była dokuczliwa, ale myśl, że dzisiaj zostaję w ciepłym pokoju mnie rozgrzewała. Rano powrót, ale warunki na bagnach się zmieniły. Miejscami zalane całe przejścia i nie było innej możliwości jak iść po kostki w wodzie. Taki przemarsz po 6 godzinach z wodą w butach może popsuć nastrój. Przemarsz 18 kilometrów z worem na plecach po bagnie to niezła zaprawka. Wielkim wybawieniem była ciepła woda w schronisku i możliwość wyszorowania się całemu w umywalce. Gorąca kawa pozwala zapomnieć o niedogodnościach.