ikona10

Na samej granicy nie miałem żadnych problemów, Grek mnie miło pożegnał, a Macedończyk 15 minut sprawdzał mój paszport w komputerze i wyglądało jakby mu się zawiesił komputer. Ale w końcu zrobił stempelek, oddał mi paszport i otworzył szlaban. Powitał mnie przy drodze znak z napisem MACEDONIA, który wyglądał jakby był przestrzelony. Może pozostałość po partyzantach. Oczywiście znów serpentyny na odcinku 35 km. Pojechałem do Ohridu, położonym nad dużym jeziorem. Obszedłem całe miasteczko w 2 godziny, nie pogardziwszy targiem, na którym kupiłem winogrona i zafundowałem sobie pizzę na obiad. Następnie udałem się do Strugi, gdzie znalazłem fantastyczne miejsce na postój nad samym jeziorem. Widoczek swojski – stara łajba kołysała się leniwie, na brzegu kawiarenka. Przyszedł Macedończyk, którego rodzina nieopodal wylegiwała się nad jeziorkiem. Polecił mi, żebym zaparzył sobie herbatkę z trawy z okolicy Debaru, gdyż ma właściwości lecznicze. Tu nikt w okolicy nie choruje, ani nie przechodzi żadnych infekcji. Potem pokazał mi na mapie gdzie po drodze będę miał ciekawy monaster. Na wiadomość, że wybieram się na Korab, jedynie pokręcił głową. Lepiej żebym został nad jeziorem, bo będę miał problem z Albańskimi żołnierzami. Tłumaczy mi, że po drugiej stronie Kosowo, wojsko, miny i nikt nie wie, co oni kombinują. Nie powiedział mi nic, czego bym już wcześniej nie wiedział, miałem jednak nadzieję, że na miejscu coś zdziałam. Miałem ochotę na kawkę, a że kuchcika żadnego nie miałem ze sobą, znowu na mnie wypadło.
image247

Wieczorkiem przyszły nad jezioro muzułmanki z dziećmi. Niebawem zaznajomiłem się też z właścicielem łajbki, z którym miałem przyjemność wypić po piwku. Trochę pośpiewał i ponarzekał na sytuację w państwie. Okazuje się, że Macedończycy bez wizy mogą jeździć jedynie do Albanii, Serbii, Bułgarii i Rumunii. Marzy mu się Grecja, a przecież to zaledwie godzina jazdy samochodem. Później przyszła jego żona i dwie córki, dałem im czekoladę, a my dalej raczyliśmy się piwkiem. I tak wesoło dryfowaliśmy do 2:00 w nocy. Łajba się nie kołysała, lecz ja marynarskim krokiem poczłapałem do łóżka.

Ranek upłynął mi pracowicie na gospodarczych zaległościach, a potem w drogę do Debaru. Trasa niezwykle widokowa, dnem doliny, wzdłuż potoku i na zboczach. Jedyne, co tu razi, to sterty śmieci walające się wzdłuż drogi, całymi kilometrami. Po drodze zatrzymuję się przy ujęciu wody, gdzie czterech facetów napełnia dużą beczkę. Okazało się, że mają w niej duże ryby. Jeden mi ciągle zadaje pytania „jak Macedonia?”, mówię, że „super”. A na moje pytanie o Albanie odpowiada, że Albania super, a Macedonia nie. Nie „zajarzyłem” o co mu chodzi. Pytam go czy w górach są albańscy bandyci, o których słyszałem. Nagle mina mu rzędnie – „ja jestem Albania”. O cholera, no to palnąłem nieźle. Zaczął coś mamrotać, wyciągnął ode mnie znowu papierosa. „Ja jestem dobry Alban” – Ok, nie mówię, że jest inaczej. Faceci wpakowali beczkę do auta i mój kumpel Albańczyk pojechał z nimi. Zjeżdżam z góry serpentyną i widzę, jak dwa golfy zastawiły drogę, stoją po obu stronach. „No to teraz zobaczysz bandytę albańskiego” – pomyślałem. Auta stoją, a goście rozmawiają przez otwarte szyby. Czekam, nigdzie mi się nie śpieszy, nie wiem co jest grane, więc wolę nie trąbić. Po kilku minutach z jednego z samochodów wysiada gruby Albańczyk i idzie w moim kierunku. Chyba się spociłem, ale może to przez to słońce. Zapytał grzecznie o papierosy, wziął, podziękował i poszedł poczęstować kolegów. Za moment odjechali. Już wiem, że następnym razem na pewno najpierw zapytam czy Macedończyk, czy Albańczyk.
image248

W Debarze zgroza, wjazd przez ulicę handlową. Zupełnie jak na targu w Stambule, nie jak na ulicy. Każdy chodzi i jeździ jak chce. Domy, ulice i chodniki to sama ruina, a chodników to właściwie nie ma. Zaparkowałem koło rudery i podszedłem do gościa siedzącego przed swoim sklepem z pytaniem, czy moje auto nie będzie nikomu zawadzać. Zdziwił się, bo tu każdy staje gdzie i jak mu się podoba. Powiedział, że w okolicy jest 7 monasterów, a reszta to ruina i zniszczenie po wojnie. Każdy za swoje nieco odbudowuje, a nowe domy to jedynie mają Ci, którzy mają kogoś w Niemczech lub we Włoszech. Reszta to bieda. Jest tu dużo cyganów, mało kto pracuje, tylko wszyscy kombinują na lewo. Stragan na targu to już prawdziwy interes. Niemcy dofinansowali Macedonię na odbudowę, ale pieniądze szybko się rozeszły. Ludzie żebrzą na ulicy, kiedy robię im zdjęcie, głośno krzyczą i machają rękami, żebym poszedł. Po drodze mija mnie korowód trąbiących i udekorowanych aut. Myślałem, że to ślub, jednak się okazało, że to rodzinne święto świeżo obrzezanego muzułmańskiego chłopca. Postanowiłem szybko się stamtąd wydostać. Niestety wyboru żadnego nie miałem oprócz tej samej targowej ulicy. Cyganie wisieli uczepieni na oknach mojego kempingu, chcąc pieniądze za coś, czego nie było widać. Czułem się jak w Stambule, choć tam to byli natarczywi sprzedawcy, a nie żebracy.Z Debaru droga do góry na drugą stronę jeziora, widoki wspaniałe. Potem już jazda cały czas z góry wzdłuż potoku. Trafiam na Monastyr Bigorski, który polecał mi wczoraj Macedończyk z nad jeziora. I tu znów kręta droga do góry na odcinku około 3-4 kilometrów to niczym zawracanie w miejscu. Na wejściu cywil sprzedający wejściówki zauważył mój aparat i ostrzegł mnie, że nie mogę robić żadnych zdjęć. Ale jakoś mi się udało zrobić kilka ujęć. Po wejściu rzucają się w oczy misternie wykonane okna i kraty z drewna, nie pamiętam żebym coś podobnego w życiu widział. Jeden z mnichów chodzi cicho za mną w sandałkach i pilnuje, żebym nie robił zdjęć. Nie mogę przeżałować kilku ujęć. Cały kompleks jest z pewnością godny zwiedzenia. Zagalopowałem się do góry w część prywatną mnichów i zaraz zostałem sprowadzony na dół. Ale będąc tutaj chce się zajrzeć w każdy kącik.
image249

Mało urocze pożegnanie – zjeżdżając w dół trafiam na traktor z zamontowanym spychaczem. Gość nie ma ochoty ustąpić miejsca. Jeden z nas musi się wycofać. Tylko ja muszę pokonać jakieś 3 kilometry, a on kilkaset metrów, po długich perturbacjach poszedł na ugodę. Na dole zatrzymałem się nad potokiem by w cieniu przy kawie dokończyć zaległe relacje. Dojeżdżam do Volkovija, ale tutaj nikt nie wie gdzie prowadzi droga w stronę Korabu. W Mavrovi Anovi jest jeszcze gorzej, jeden gość rysuje mi planik jak dojechać do posterunku policji granicznej. Zjazd z głównej drogi na boczną drogę szutrową w lesie. Droga bardzo wyboista, miejscami miałem problem z przejechaniem. Kieruje się do wsi Nicpur, za wąską jak na moje auto drogą. Bardzo stromo, praktycznie żadnych możliwości wycofania się. Kończę na wjeździe do szopy przy domu. Starszy Pan rzuca kłodę pod koła i widzę jego wielkie zdziwienia na twarzy. Rozmawiamy trochę czasu i widzę jak bardzo się różnimy w poglądach. Jego syn zna drogę na Korab, ale tłumaczy mi, że to nie ma sensu. Po co iść na górę po to żeby zejść na dół. On rozumie, że na przemyt papierosów czy alkoholu to jest jakiś sens. Ale żeby wejść po to, żeby zejść, to jest dla niego śmieszne. Śmieje się również z mojego pomysłu jego ojciec, podejrzewając, że mam inne zamiary. A więc teraz mam problem z obróceniem auta i zjechaniem na dół. Przychodzi jeszcze jeden członek rodziny z koniem, który ma drewniane siodło. Mogę przełożyć stertę drewnianych belek tak, abym się obrócił, a właściwie to pnie drzew ułożone na wysokości 2 metrów, lecz nie mam wyjścia. Trzy dorosłe osoby siedzą i patrzą w milczeniu jak przenoszę stertę w drugie miejsce. Po godzinie byłem mokry i padnięty, ale oni dalej pytali czy wybieram się w górę. Jazda na dół to dopiero horror.
image250

Widok z góry na drogę i mały mostek w dole to czysta adrenalinka. Jak oznajmili na górze to do tej pory tylko niva z wojska witała u nich od czasu do czasu. Dalsza jazda szutrową drogą wzdłuż doliny to też niemały wyczyn dla mojego „osiołka”. Robił się zmierzch, a szybkość, jaką osiągałem przypominała prędkość galopującego ślimaka.
Biały kurz z szutrowej drogi wcinał się wszędzie. Chciałem dojechać do posterunku policji i zostać tam na noc by nie zostać samemu na pograniczu z Kosovem. Różne rzeczy już tu słyszałem. Czytałem też przed wyjazdem, że pięciu turystów z Czech wybrało się na Korab i do dzisiaj nikt ich nie odnalazł. Po ośmiu kilometrach nikogo jeszcze jednak nie znalazłem. Droga była pozrywana przy potoku i miejscami miałem znowu poważny problem z przejazdem. Po dalszych dwóch kilometrach miły widoczek małego domku, z którego leci dym z komina. Wychodzi mały facet i ściska mi rękę. Trwa to tyle jak by nie widział kogoś kilka lat. Zaprasza mnie do środka i proponuje kawę. Pytam go o drogę do policji i odpowiada, że to tylko trzy kilometry. Ale zaraz proponuje żebym został i nie jechał dalej. Kilka razy powtarza, żebym został bo tam już jest niebezpiecznie. Wysyła chłopca z dzbankiem po wodę i przygotowuje kawę. Przynoszę batoniki dla chłopca i trochę rozmawiamy. Mężczyzna od lat obsługuje tutejszą tamę, a ten mały chłopak to jego syn, Asim. Z dużą starannością miesza kawę w kokilku i zasypuje cukrem. To prawdziwy pokaz robienia dobrej kawy, którą rozsmakowałem się nieprzyzwoicie. Rozmawiamy o rozpadzie Jugosławii. Z wielu rzeczy nikt nie jest zadowolony, ale jest to jakaś cena rozpadów i połączeń nowych państw. Co do jednego mamy jeden pogląd, że pokolenie Asima może przeżyje życie bez wojny. Robię kilka zdjęć, z czego są bardzo zadowoleni. Żegnamy się, ale gospodarz uparcie namawia mnie do pozostania. Jednak wyruszam i dojeżdżam do białych kontenerów z tablicą „Policja”. Nie ma nikogo, wszystko zamknięte. Jestem sam i zostanę tu na noc. Zostałem bez ochrony. Robi się szaro i krajobraz bardziej otwarty jak w Bieszczadach. Jestem widoczny z każdej strony, ale nie chcę się już z stąd ruszać. Szybko zrobiło się bardzo ciemno i bardzo zimno.
image251

O piątej rano wstałem i czekałem tylko na słońce. Założyłem trochę ciepłych rzeczy i czekałem. Kiedy wyszedłem z auta, wpadło wojsko. Mam się zbierać i jechać za nimi w górę. Tutaj jeszcze gorzej, tylko pierwszy i drugi bieg na zmianę. Dojeżdżam do małej strażnicy, gdzie widziałem z góry jak żołnierz obserwuje mnie przez lornetkę. Wysiadam i pod bronią rozkładam ręce na szlabanie. Przychodzi oficer i jeszcze jeden żołnierz. Nic mam nie robić, tylko stać. Przeszukują auto bardzo dokładnie. Pytają się o broń. Kilka zawiniątek z auta mam sam wyjąć i rozłożyć. Widzę jak się cofają i nie bardzo są pewni sytuacji. Ale to tylko ciuchy, w których śpię pod śniegiem. Oficer oznajmia mi, że byłem pod obserwacją całą noc i dobrze, że nie wjechałem dalej na górę, bo bym miał już poważne kłopoty. Jestem w pasie, w którym mogą użyć broni jak mają obiekcje. Tu już jest tylko armia i to oni decydują o wszystkim. Tu nie ma prawa być żaden cywil. Zatrzymują wszystkie moje dokumenty i auto, które zostaje postawione koło skota i nie wolno mi się zbliżać. Jestem zatrzymany do dyspozycji wojska i policji, której muszą mnie przekazać. Ale najpierw muszę wszystko wyjaśnić wojsku. Piszę protokół skąd jadę, po co, gdzie i tak dalej. Nie bardzo dowierzają w moje plany na wejście na górę.
image252

Kiedy wojskowy zobaczył moje plany i paszport, mapkę jaką przejechałem od Polski, trochę sobie odpuścił. Atmosfera się trochę rozluźniła. Zaproponował mi nawet kawę i śniadanko wojskowe. Ale dalej jeden żołnierz stał mi na karku. Jak się okazało młody oficer to komendant placówki. W trakcie pisania protokołu nagle było słychać śmigłowiec. Wszyscy wylecieli na zewnątrz. Komendant obserwował przez lornetkę całe zajście. Wpadł do budynku i łączył się zaraz przez radio. Trochę się zrobiło ponuro jak zobaczyłem, że żołnierze są w pełnej gotowości bojowej. Pomyślałem, że jak tutaj ktoś dmuchnie z tego śmigłowca to też sobie polatam. Za chwilę się sytuacja uspokoiła i okazało się, że śmigłowiec wojsk KFORu trochę się zapuścił za daleko w pas Macedonii. Ale wszystko jest ok., kogoś szukają i to się tu zdarza bardzo często. Komendant oznajmił mi, że zawiadomił policję i przyjadą po mnie. Trochę się dalej dopytywał, co z tym Korabem, bo widziałem, że nie do końca jest o czymś przekonany. Prywatnie poradził mi, żebym się zwinął jak policja mnie puści i nie myślał więcej o tym. Jest tablica zabraniająca wkraczanie w ten pas z Kosovem.
image253

Oczywiście powiedziałem, że jej nie widziałem i tylko dlatego mi odpuszcza. Ale policja pograniczna mi nie odpuści i muszę się z tym liczyć. Obywatel Macedonii jak przekroczy ten pas jest nie tylko aresztowany, ale ma pewną odsiadkę. Wojsko patroluje Korab, ale to tylko w małym pasie do małego Korabu. Na górze jest teren zaminowany i nikt tam nie chodzi. Owszem jest wejście na Korab raz w roku w dzień zwycięstwa. Ale to jest grupa zorganizowana, której daje zgodę Ministerstwo Obrony Narodowej i specjalnego przewodnika. Jest ścieżka, którą się prowadzi grupę i to też pod ochroną wojska. Czysto propagandowa wycieczka. Żartuję, że zanim przyjedzie policja, to ja sobie skoczę na górę po śladach i wrócę. Ale sierżant śmieje się, że za żadne pieniądze by tam nie poszedł i chyba mam kłopoty ze sobą. Dlaczego nie pojadę nad wodę i nie posiedzę na piasku? Jest bezpiecznie, nic się nie robi i można iść na piwo. Rujnuję auto, tracę zdrowie żeby wejść na górę, z której i tak muszę zejść. Tak już to słyszałem w Nicpurze. Dostałem soczek pomarańczowy i skończyłem dyskusje po co idzie się do góry, bo w tym klimacie to wywołuje tylko śmiech. Oddano mi tylko torbę z aparatem, więc udając że czyszczę szkła, pstryknąłem zdjęcie jak „osiołek” stoi w areszcie w towarzystwie skota i jedno na góry. Przyjechała po trzech godzinach niva, z której wyszli dwaj mundurowi. W pokoju komendanta zaczęło się wszystko od nowa. Po co przyjechałem, po to żeby wejść na górę. Mały śmiech już mnie dobił. Komendant policji z uśmiechem oznajmił mi, że po co chciałem wejść jak i tak musiałbym zejść. To mnie już dobiło. Nie przeskoczę już ich mentalności.
image254

Niva z przodu jak w asyście komendanta jadę na posterunek do Mavrovi. Po drodze komendant opowiada gdzie dostał kulkę w czasie wojny. Stanowiska gdzie byli według niego „durni Amerykańcy”, i co wyprawiali. Na komendzie wykonał kilka telefonów i oznajmił mi, że moja sprawa jest w gestii wyższej władzy. Musi mnie przekazać władzom w Gostivarze. Tak więc w asyście bez zmian, jedziemy do Gostivara. Po drodze opowiada mi jak to było za czasów wojny, która trwała tutaj jeden dzień. Wpadły wojska i zrobiły na tym terenie porządek. Ale te wszystkie znaki drogowe przestrzelone na wylot to „durni Amerykańcy”, którzy jeździli autami i strzelali zawsze do znaków. „Durni kowboje bez koni” jak ich tu nazywali. W Gostivarze posiedziałem godzinkę pod ochroną innych policjantów. Auto na parking i jeden do pilnowania. Trochę mnie to już nudziło. Przeleciałem przez kilka pokoi i tylko słyszałem, że mam czekać. W ostatnim pokoju już trochę się zawziąłem i powiedziałem, że będę rozmawiał tylko po niemiecku lub rosyjsku. Starszy cywil, który nie wierzył w nic, co mówiłem, popisywał się angielskim. Nie miałem ochoty w ogóle z nim rozmawiać, bo przypominał mi urzędnika władzy komunistycznej. Wierzył tylko w to, co sam powiedział. Nie podobał mu się mój aparat, że za bardzo nowoczesny i mogłem zrobić zdjęcia jednostkom w górach. Piętnaście razy pytał czy byłem we Włoszech, Szwajcarii, Francji, Grecji. Jak wyliczyłem mu 30 krajów, to wyszedł z pokoju. Za moment pojawił się cywil, który znał angielski, oraz policjant niemiecki w mundurze i zaczęliśmy rozmowę. Cywil mówił do cywila, ten do Niemca i tak w koło. Po co przyjechałem, po co chciałem wejść na górę. I znowu załamałem ręce jak usłyszałem, że musiałbym zejść na dół. Widziałem jak młody niemiecki policjant się załamuje tymi pytaniami. W końcu i ta władza orzekła, że nie jest władna nic zrobić i muszę pojechać do Skopie i się zameldować na policji. W poniedziałek mam się zgłosić do policji pogranicznej a oni zadecydują dalej. Oddano mi dokumenty i już na szczęście miałem jechać sam. Ale miałem obowiązek stawienia się na policji w Skopie i zameldowania, że jestem. Zaprosił mnie do siebie policjant niemiecki, zaproponował kawkę i powiedział żebym się nie denerwował, bo tu ustrój się nie zmienił, a tym bardziej sposób myślenia. Jeżeli coś zdziałam to tylko w Skopie, bo już wyższej władzy nie ma i moja droga się skończy. Miałem również pamiętać o tym, że jestem gdzieś w rejestrze i zostałem uprzedzony, że jak jeszcze raz spróbuję, to będą kłopoty. Darowano mi wszystko na zasadzie, że byłem nieświadomy i źle pokierowany, ale drugi raz to będzie świadome i mogę iść siedzieć. Pomógł mi również w odebraniu auta, bo nikt łaskawie nie zawiadomił strażnika, że jestem wolny.
image255

Pojechałem do Skopie, ale nie miałem ochoty się meldować na policji. Zostałem na noc pod gmachem telewizji i kombinowałem nowy plan działania. Chciałem to załatwić po swojemu.
Rano wyszedłem połazić trochę i byłem na bazarze. Tutaj można kupić papierosy i alkohol, wszystko, czego żywa dusza zapragnie. Dużo wyrobów z metalu, ciuchy i owoce. W stertach śmieci siedzą sprzedawcy na chodnikach. Kupiłem „Camele” i winogrona. Bardziej interesowały mnie tutaj meczety i chciałem znaleźć się dalej od centrum. Z najwyższej wieży mój przewodnik pokazał mi miasto. Dokładnie opowiadał o każdym meczecie i ciekawszych miejscach. Pokazywał nowe osiedle gdzie żyją Macedończycy, Turcy, Albańczycy i inne narodowości. Podkreślał, że wszyscy żyją w zgodzie i nie zajmują się polityką. Każdy kombinuje, żeby jak najlepiej się urządzić. Zejście po 105 stopniach z wieży to dreszcz emocji. Schody w stanie opłakanym jak i cała w środku drewniana konstrukcja. Po południu znalazłem kawiarenkę internetową i połączyłem się z krajem. Córka napisała mi po angielsku potrzebne pismo do Ministerstwa Obrony, bez którego nie chciałem się wybierać. Miałem możliwość poklikania ze wszystkimi by dowiedzieć się, co słychać u każdego. Ale w kawiarence odbywa się wojna. Wszyscy młodzi czy starsi grają w gry wojenne. Ciągle ktoś atakuje jakieś miasto i słychać okrzyki radości. Okrzyki „terrorysta bum, Nowy Jork bum, London bum” i okrzyki radości ze zbombardowanego miasta. Nie bardzo tu się lubi „Amerykańców”, a narodowość czy przynależność religijna mówi sama za siebie. Wszyscy palą i skaczący z radości w kłębach dymu, a i młodzież nie najlepiej się prezentuje. Tak jak ja, jestem wyraźnie zauważony przez wszystkich w ich środowisku. Ale te dwa dni łączności z krajem były mi bardzo potrzebne.
image256

W niedzielę polatałem po mieście i chciałem znaleźć Ministerstwo Obrony Narodowej. Mało kto wiedział gdzie się znajduje, więc kierowany zwiedziłem wszystkie budynki rządowe. Jedynie starsza Pani skierowała mnie do parku, w którym była to instytucja. Zwiedziłem miasto od tej dobrej i złej strony. Ładnie wydzielone nowoczesne hotele i bród za plecami. Sterty śmieci, których nie da się tu uniknąć.

Rano o ósmej w małym tłoku wchodzę z pracownikami na teren Ministerstwa. Jestem zaraz wyłapany i zatrzymany. Powód to spodnie przed kolana. Nie do pomyślenia, żeby wejść tak ubranym. Kiedy powiedziałem, że chciałem uzyskać zgodę na wejście w pasmo Korabu ściągnięto dwóch cywili. Musiałem się przebrać w długie spodnie, co było warunkiem wejścia do środka. Niestety musiałem założyć grube zimowe spodnie górskie i poddać się weryfikacji czy to przejdzie. Ale czarne za kostki, to w porządku. Trochę się gotowałem i wyglądałem troszkę śmiesznie. Koszulka polo i te spodnie. Młody człowiek w cywilu wykazywał duże chęci załatwienia sprawy. Ale kiedy wykonywał coraz więcej telefonów jego entuzjazm opadał. Po godzinie sam się załamał. Nie mógł zrozumieć, dlaczego dostawał informacje, że powinienem był to wysłać z Polski kilka miesięcy wcześniej, dlaczego jakieś biuro polityczne musi to jeszcze zaakceptować, dlaczego to władza określa termin, i zaczął coraz mniej rozumieć. Wpadł na pomysł, że pójdzie ze mną do mojej ambasady i ja tam poproszę o pomoc. Tutaj na pewno nic nie zdziałam i to w krótkim czasie. Po drodze wyjaśnił mi, że tu jest jeszcze coś, czego my już nie mamy i im jeszcze daleko. Nie mogą jeździć tam, gdzie by chcieli, wizy do wszystkich europejskich krajów i trochę spraw, których nie będę poruszał. Przedstawiłem problem w naszej placówce dyplomatycznej i miałem się kontaktować po południu. Ale jak się okazało, to jeszcze policja pograniczna miała tu najważniejszy głos, bo to ona miała akceptować.
image257

Wydrukowałem szybko drugie pismo skierowane do nich i poszedłem z małą już nadzieją. Pani przeczytała pisemko po angielsku i ku mojej radości powiedziała, że owszem, ale dopiero jutro uzyskam zgodę. Mój urok osobisty sprawił, że miałem się zgłosić tego samego dnia już o piętnastej. Deptałem do piętnastej w miejscu i z czekoladką byłem punktualnie. Poproszono, żebym usiadł, ton służbowy nie zapowiadał nic dobrego, więc usiadłem i poczekałem.
Zjawiła się Pani, która chciała rozmawiać po rosyjsku co mi odpowiadało i delikatnie mówiąc się zaczęło. Cywil pytał, Pani tłumaczyła. I tu pierwsze pytanie czy zdaje sobie sprawę gdzie to jest i z zagrożenia, jakie tam panuje. Ale przygotowany cywil na rozmowę przyniósł mi kilka ładnych folderów o Macedonii i polecił zamiast wejścia na górę, tereny nadmorskie.

O dalszych planach, jakie miałem związanych z wejściem na Deravice, nie chciał rozmawiać. Wybił mi z głowy zezwolenie, prywatnie ostrzegł jak będę coś kombinował, czy z tej czy z albańskiej strony, to będę miał kłopoty. Również i wejście na Deravice mogę sobie wybić z głowy. Wojska KFORu zatrzymają mnie szybciej, niż o tym pomyślę. To tereny nie kontrolowane przez Belgrad. Nie pora, nie czas na góry, mają swoje kłopoty w tym rejonie i skupił się na miejscach, które mogę sobie pooglądać bez problemu. Zdziwił się, że bardzo mnie interesuje Macedonia czy Albania. Mała sugestia, że nad morzem można wypocząć i poleżeć w ciepełku. Ale na moją odpowiedź, że lubię aktywnie odpoczywać tam gdzie nie ma tłoku, pożegnał mnie bardzo życzliwie i życzył mi przyjemnej podróży. Moja nadzieja legła w gruzach. Również Pani, która jeszcze rano dała mi nadzieję, pożegnała mnie bardzo miło. Było miło, ale się skończyło.
image258

No cóż, wdarliśmy się z „osiłkiem” tam gdzie się nikt ponoć nie wdrapał niczym innym, niż wojskową Nivą. Byłem pod Korabem i poznałem piękny Park Mavrovo. Poznaliśmy kilku sympatycznych mieszkańców, u których wypiłem nieziemską kawę. Poznałem też kilku sympatycznych wojskowych i policjantów. Spędziłem kilka dni w Skopie, a dzięki jego mieszkańcom zobaczyłem to miasto z złej i dobrej strony. Niestety odwiedziłem kilka urzędów, które wybiły mi dalszy pobyt w Macedonii jak i w Serbii.Mogłem się pożegnać z Macedonią, Korabem i Derevicą w Serbii. Ale przede mną Kosovo i nowe wyzwania.

Żegnaj Skopie. Bogate i biedne, „pocztówkowe” i brudne. Żegnajcie życzliwi, ale jak kontrastowi mieszkańcy Macedonii.