ikona14

9-cio kilometrowa kolejka Tirów to standard na granicy z węgiersko – rumuńskiej. Stoję w długiej kolejce, prawie się nie przesuwamy do przodu, jest 38 stopni – wiadomo – lato w Rumuni. Na granicy sprzedają wszystko, wyroby z malowanej brzozy i innego drzewa, kwietniki, koszule, taborety, krzesła, zegarki, słowem, co jest pod ręką. Tłok i kupa wiszących szmat oraz ludzi czepiających się mojego auta, jak muchy. Patrzą na rejestrację i mówią – „Daj złotówki”. Odjeżdżam, bo żywcem nie da się wysiąść z auta. Nic do nich nie mam i wiem, że w takiej biedzie to każda waluta jest jak zbawienie, ale wiem też, że to nie ma sensu, wszystkim nie mogę pomóc, sam muszę liczyć się z groszem. Przejazd przez Oradea jest utrudniony jakimiś robotami drogowymi, zmagam się z objazdami i rozkopanymi ulicami.
image276

Mija godzina w korku, z nudów robię zdjęcie skrzyżowania przypominającego linię startową Formuły 1. Pod lampami zegary, które pokazują czas od 30 – 0. Kiedy wyświetla się 4-3, silniki samochodów zaczynają wyć przeraźliwie. Wokół mnóstwo żółtych taksówek „Matiz”. Potem zegar pokazuje 0 i wszyscy startują z piskiem opon, Matizy reprezentują wyższość techniki nad rodzimymi Daciami. „Żałosne” – pomyślałem – „ale każdy chce się pokazać, nawet w tym biednym kraju”. Po 1,5 godzinie opuszczam z ulgą to okropne miasto.
Jadąc w głąb kraju napotykam samą kiczowatą architekturę przyozdobioną wszystkim, czym się da, byle było w kolorze. Brudno i śmierdząco. Drogi wybite, choć to przypomina mi Polskę, ale dzięki Bogu, tylko to. Jazda tutaj to prawdziwy slalom gigant, tracę mnóstwo czasu i energii by nie pourywać kół. Jest samo południe, straszny upał, mam wrażenie, że zaraz przednia szyba w moim kampie zamieni się w lepką ciecz i spłynie. Po godzinnym szukaniu udaje mi się wreszcie znaleźć marną imitację parkingu dla turystów.
image277

Za Beius droga nadaje się wyłącznie dla zdesperowanych ekstremistów. Nie widać asfaltu, tylko same dziury. Wzniesienie ma około 10% i co gorsze liczy sobie 12 km. W dodatku to nie jazda, lecz same manewry pomiędzy dziurami, a TIRami, które jeżdżą jak im się podoba, spychając na zakrętach inne auta na pobocza drogi. To jakieś szaleństwo. Wciąż redukcja 1-2 i stop. Silnik warczy i się grzeje. Jakoś dojeżdżam na górę tego przeklętego wzniesienia i dostrzegam mały placyk z różnymi pojazdami i wszystkie mają pootwierane maski, spod których dobywają się kłęby pary. Dość zabawny widok. Zjazd jest taki sam, tym razem cierpią palące się klocki hamulcowe. Maksymalnie osiągam prędkość 20 km i unikam staranowania przez TIRy. To już jest maksymalna ekstrema! Jeszcze nie byłem niczym tak zmęczony, jak tym przejazdem. Wreszcie po 4 godzinach docieram do Deva, choć to jest zaledwie 45 km od punktu wyjściowego. Nie mogę w to uwierzyć! Robię kilka ujęć i w dole koło wsi dostrzegam stadko koników. Mają spętane nogi, by nie mogły zbyt daleko się oddalić w galopie. Dojeżdżam do Sibiu, puszczam SMS i parkuję na stacji benzynowej.
image278

Droga z Voila do Breazy to kolejny koszmar. Z Breazy droga bita, znowu hamulce i slalom. Trasa wiedzie nad potokiem, przez las, aż w końcu się kończy. Robię śniadanko i porządki po granicy, potem kawka i powrót w jakieś bardziej pewne miejsce, gdzie mógłbym zostawić mojego kempingowego Lublinka. Okazuje się, że podejście z tej strony jest źle oznakowane, więc najlepiej wrócić do Lisa, a potem Simbata de Sus, a następnie do Popasui. Czyli znów niemal ślimacze zmaganie się z wybojami i błotem. Po drodze odwiedzam uroczy prawosławny Monaster. Potem jeszcze kilka kilometrów walki z dziurami na drodze i to koniec, nie ma dalej drogi. Droga prowadzi przez rzekę, bo most podmyło i się zawalił. Wlazłem boso na środek rzeki, ale woda sięgała mi ponad kolana. Przejechać bym przejechał, ale bałem się, że woda podejdzie mi pod most napędowy i będę ugotowany. Znalazłem objazd przez wsie. W Popasui nawet znalazł się jeden pensjonat i kilka parasoli kawiarnianych.
image279

 

 

Jedyną osobą, z którą się tu dogadałem był kucharz. Pokazał mi na mapie, którędy wyjść w nocy i pozwolił zostawić samochód na placu obok pensjonatu. Oczywiście dwa razy mnie uświadamiał, że istnieje coś takiego jak TAXA, a na pytanie „ile”, pokiwał głową, że się zastanowi. Zna trochę niemiecki, więc nie mamy problemu by się dogadać. Jest 14:00, więc zdecydowanie za późno na wyjście. Ściągnę zdjęcia z aparatu, wrzucę coś na ząb i pójdę spać. Nie mam zasięgu w telefonie, bo jestem w bardzo zapadłej dolinie, gdzie z pewnością sam diabeł powie mi dobranoc. Wyruszę o 5:00, ale nie wiem gdzie się zatrzymam w górze. Kucharz twierdzi, że jest „dobry markaszu” – co po naszemu miałem rozumieć jako „dobrze oznakowany”. Dziś tu zostaję, szumi potok, powiewa wiaterek i jest ciepło, nawet bardzo, 36 stopni.
image280

Godzina 4:00. Mam spakowany plecak i sprzęt: aparat, namiot, śpiwór, kalimata, żywność, gary, gaz i woda. Wszystko to trochę waży, a ja jestem wciąż zmęczony ostatnimi dniami jazdy. Jest sucho i ładnie, w sam raz na takie długie podejście do szczytu. Tam i z powrotem to 2 dni, muszę zostać na górze w namiocie. Podejście do Rabany to zaledwie 2 godziny, za 5 euro można się przespać, ale w zamian dostaje się tylko ruinę i nic więcej. Chwilkę odpoczywam i idę do potoku. Stamtąd tylko w górę. Po drodze mijam dwa pola lawinowe. Przejście jest bardzo wątpliwe, ponieważ chwilami się załamuje pod moim ciężarem. Ryzyko małe – około 7 m w dół, jednak nie mam jak przejść, bo potoki przybrały po ostatnich ulewach. Przez ostatnie kilka tygodni przez Rumunie przeszła fala ulew i powodzi. Jedynym wyjściem jest przejście w brud, więc ściągam buty i spodnie. Strumień jest lodowaty, ale nie mam wyjścia.
image281

Potem kolejne 5-6 godzin podejścia do góry. Jest kiepska widoczność, na przemian kropi deszcz, gęstnieje mgła i na moment wychodzi słońce. Po drodze przechodzę przez kilka pół lodowych, bez większych problemów. Nagle mgła podnosi się, odsłaniając kilka ścian. I nagle oczywiście nadchodzi ulewa, a ja jestem na otwartym terenie i nie ma gdzie się schować. „Tylko tego mi teraz trzeba było.” Zanim zdążyłem wyciągnąć kurtkę, wszystko mi zalało. Po zboczu woda waliła mi prosto do butów. Na dole mi powiedzieli, że na górnej grani jest opuszczona chatka – schron, ale zostało mi do niej jakieś 3 godziny marszu, na dół 6-7. Wybieram, zatem grań. Po drodze na pierwszą grań przechodzę obok kolejnych dwóch pól lodowych. Na chwilę przestaje padać, więc wyciskam wodę ze spodni, koszuli flanelowej i podkoszulka, wylewam wodę z kalimaty i namiotu, oraz oczywiście butów. Kurtka sponsora to błąd, gdyż cała przemokła, a swoją sprawdzoną zostawiłem w aucie. Przeklinam cicho pod nosem swój brak przezorności. Płacę za to wysoką cenę. Pierwsza grań jest nieco wypłaszczona, pozwala mi to trochę przyśpieszyć kroku. Znowu zaczyna lać, „szlag by to trafił.” Momentami grań jest szeroka, więc idzie się stosunkowo pewnie, jednak nie długo odczuwam komfort pomimo lodowatego deszczu. Mijam biały krzyż, ale nie mogę rozczytać napisu.
image282

Na główną grań jest naprawdę ciężkie podejście – zajmuje mi to 3 godziny. Pęka mi spinka od paska plecaka, który spada mi z pleców, przewracając mnie swoim ciężarem. Dzięki bogu, że nie na krawędzi. Coś nade mną czuwa – szczęście w nieszczęściu. Z głównej grani mam około 1-2 godzin do chaty w prawo, idę niemal po omacku w deszczu i we mgle, nic nie widać, chaty też nie, ale nie mam wyjścia, idę do przodu. Jedynymi suchymi rzeczami, jakie posiadam, to majtki i skarpetki w worku foliowym razem z aparatem. Chowam tam jeszcze baterie i karty pamięci. Z aparatu natomiast wyciągam baterię, bojąc się zwarcia. Nie robiłem do tej pory żadnych zdjęć, nie dało się w tej ulewie. W torbie od aparatu, chlupie woda. Jestem przemarznięty i mam gorączkę. Po trzech godzinach na grani dochodzę do MOLODOVENAU, na wysokości 2544 metrów n.p.m. Jest wiatr i na zegarku temperatura 6 stopni.
image283

 

To nie jest trudna góra, lecz bardzo wysiłkowa, zwłaszcza przy takich warunkach pogodowych. Jest 21;00. Brak zasięgu w komórce. Muszę zejść niżej, tam, gdzie nie ma wiatru. Woda przelewa mi się w butach. Muszę wejść do namiotu jak do worka, o rozbiciu go mogę sobie pomarzyć, trzeba jakoś przeczekać do świtu. Mam dreszcze. Rozbieram się w tej prowizorze z namiotu i znów wykręcam spodnie oraz koszulę. Plecak i buty zostawiam w szczelinie w skale, na zewnątrz namiotu. Z sobą zabieram tylko aparat zapakowany w worku w majtki i skarpetki. Nie śpię kompletnie, muszę przeczekać około 5-6 godzin, ku mojej radości zaczynają pokazywać się gwiazdy.
image284

Świt. Robi się jaśniej. Trudno mi się ruszyć i jest mi cholernie zimno, a przemoczona koszulka sponsora oblepiła mnie jak druga skóra. Jest 3:15 i nie pada. Z wielkim trudem zakładam buty i ruszam w dół. Jest bardzo ślisko, wszystko podmoczone osuwa mi się spod stóp, skały są strasznie kruche i pękają pod każdym krokiem. Zostają mi w dłoniach gdy usiłuję się przytrzymać rękoma. Zupełnie brak oparcia. Modlę się by przejść. Na końcu głównej grani trzy osuwiska, jeden z bardziej niebezpiecznych momentów. Jeszcze trzy pola śnieżne. Robię odpoczynek przy białym krzyżu, a w głowie mi się przypominają słowa piosenki: „tylko w polu biały krzyż, nie pamięta nikt, kto pod nim śpi”. Dalej to już ostro w dół do potoku. Nie wiem czy znów iść w brud czy przejść w butach, to chyba już wszystko jedno, bo i tak są zupełnie przemoczone. Stąd jeszcze 3 godziny. Kolana mi wysiadają i kilka razy się przewracam. Odpoczywam w Cabanie, teraz to tylko 2 godziny do momentu, gdy ściągnę z siebie wszystko. Znowu mam dreszcze od wiatru, ale podtrzymuje mnie tylko myśl, że jeszcze trochę, a znajdę się w cieplutkim aucie z gorącą kawą.
image285

Nic nie jadłem przez te 2 dni, bo nie było jak zrobić. Pcha mnie do przodu myśl o tym, co na dole. Przechodzę w brud mijane potoki, już mi jest wszystko jedno. Wreszcie po 11 godzinach dochodzę do auta, mam dość. Wszystko zrzucam z siebie do umywalek i rzucam się pod kołdrę. Nie mam siły na nic, ani ochoty, tylko spać i grzać się, jest 14:00, zasypiam z wycieńczenia. Po trzech godzinach się budzę, wszystko wyciskam i rozwieszam w aucie by obciekło. Buty, spodnie i kurtkę piorę z błota w potoku. Muszę jeszcze opłacić postój kucharzowi i zjeżdżam na dół do wsi. Wszystko jest mokre, ale czyste. Może zjem coś po dwóch dniach pójdę spać, do oporu. Trudno to było nazwać spaniem, ale niech się tak nazywa na upartego. Wstałem o 5;00, ale nic nie zjadłem, miałem zbyt mocno opuchnięte gardło. Przełknąłem z trudem trochę leków i zadowoliłem się kawą.
image286

 

 

Kucharz zdecydowała się na taxę w wysokości 100 000 L, czyli około 3 euro. Dostałem jeszcze świeży chleb, i w końcu dałem mu 5 euro. Jesteśmy kwita, jadę w stronę granicy Bułgarskiej. Po drodze odwiedzam również Monaster i robię kilka ujęć. Prawosławni mieszkańcy uciekają przed obiektywem. Jeden z nich chowa się za filarem, a gdy ja opuszczam aparat, on szybko przemyka za drugi filar. Nie przewidzieli jednak, że mogę robić zdjęcia aparatem zwisającym z szyi, co zawdzięczam obrotowemu obiektywowi. Dojeżdżam do małej wsi, która ciągnie się bez końca. Jadę 30 km/h. Korek, zakaz wyprzedzania. Kiedy się to wszystko kończy, zjeżdżam z góry. Wpadam na foto-radar. Jechałem o 10 km/h za dużo, czyli z zawrotną prędkością 40 km. To była wprost szaleńcza jazda… Policjant pokazuje mi film, bierze kartkę i pisze. Chce ode mnie 85 euro, ale widząc, że się buntuję wypisuje mi 50.
image287

Zbójecka cena jak na Rumunię. Pyta, czy pierwszy raz w tym kraju i oczywiście okłamując go, potwierdzam. Rzuca mój paszport na fotel w aucie i czeka, powtarzając, że policja to 85 euro. Z bólem wyciągam pięćdziesiątkę żałując, że szlag trafił 50 litrów paliwa i jestem w plecy 500 km.
W Craiovej wita mnie widok zamiataczy ulic, którzy bezskutecznie i bez przekonania usiłują usunąć nieco śmieci z ulicy, co zupełnie nie przynosi ostatecznego efektu. Przed granicą wjeżdżam do małej wsi, gdzie 1 km od głównej drogi znowu odnajduję piękny Monaster, tym razem z 1368 roku. W drodze do niego mijam prawosławnego duchownego, któremu proponuję podwiezienie. Wsiada i jedziemy razem. Opowiada mi, że zajmuje się remontem klasztoru. Otwiera bramę i pozwala robić zdjęcia. Pokazuje mi zawilgocenia i pęknięcia w murach. To jedna z niewielu miłych chwil w tym kraju, gdy spędzamy razem trochę czasu w ogrodzie.
image288

Droga do granicy z Bułgarią jest raczej pusta, bardzo mały ruch. Dojeżdżam do Bechetu, gdzie napotykam pierwsze kłopoty kosztujące mnie 6 euro. Nie wiem kompletnie za co, jedynie ktoś wręcza mi kwit. Wjeżdżam na granicę, panie w okienku żądają ode mnie kary 25 000 000 L za brak winietki. Wywiązuje się dość ostra dyskusja, robią dziwne miny i nie oficjalnie mówią – 20 euro. Kierują mnie na wagę, tam znowu obsługujący czegoś ode mnie żąda, ale nie wiem o co mu chodzi, w końcu podjeżdżam pod bramkę. Policja przeszukuje mi kemping pytając o broń. Grzebią w całym aucie i wszystko przewracają, robią mi piekielny bajzel, ale oczywiście nic nie znajdują. W końcu zabierają moje dokumenty i wychodzą. Kogoś do mnie przysyłają, on na mnie krzyczy i znowu coś wymusza. Każe mi iść do drugiego okienka. Tam chcą opłatę 46 euro za prom.
image289

Orientuję się, że jestem na towarówce, znowu mnie szlag trafia. Chcę zawrócić, ale oczywiście nie pozwalają mi na to. Przejazd do innego przejścia w Ruse to cały dzień jazdy i 40 euro na paliwo, więc żadna w sumie oszczędność. Żaden zysk, bez sensu. Z ulgą wjeżdżam wreszcie na prom, mając nadzieję, że to koniec pasma nieszczęść w tym kraju. Począwszy od pogody, poprzez mozolną jazdę po wybojach i dziurach, policję i wszelkie kłopoty z granicami i formalnościami. Robię kilka fotek z promu na koniec, i z ulgą myśląc – „Żegnaj Rumunio” – wjeżdżam do Bułgarii.