ikona1

 

 

Noc minęła pod znakiem przesadnej aż ulewy i zimna. O siódmej ubrałem się ciepło i ruszyłem w stronę Les Houches oddalonego jakieś osiem kilometrów od Chamonix. Chcę sprawdzić, jakie są możliwości parkowania przy kolejce, bo z stąd zaczyna się moja droga do góry. Po godzinie zawracam, bo słońce zaczyna strasznie grzać. Robię kilka zdjęć pod drodze i idę do kolejki, która wjeżdża wysoko na Midi. Przeskok z ciepłego ubrania na krótkie spodenki, to już codzienne ćwiczenia w samo południe. Jest dużo turystów, nigdzie nie jadę, bo nie chcę stracić miejsca na parkingu. Włóczę się, więc cały dzień po Chamonix i odwiedzam małą kawiarenkę na kawę. To ostatni mój wolny dzień przed wyjściem na Blanka.
image139

Następnego dnia ściągnąłem rano do Les Houches. Jestem spakowany i pogoda zapowiadała się dobrze. Słońce się przebiło, choć prognozy nie były dobre. Trochę mnie już nudził pobyt w Chamonix Kolejka linowa z Les Houches wjeżdża na grzbiet ciągnący się od szczytu Aiguille Gouter na wysokości około 2000m. To różnica około 1000m od wyjazdu z parkingu. Tutaj przesiadka na kolejkę szynowo-zębatą tzw. Tramwaj du Mont Blanc. Kolejka jedzie z miasteczka Saint Geruais do Nid-de Aigle. Piękna nazwa „Orle Gniazdo” na wysokości 2390m. W drodze na górę podziwiam piękne widoki na dolinę i przejazd przez wykute tunele w skale. Teraz podejście do góry w stronę tzw. schroniska letniego. Jak pamiętam, prawidłowa nazwa tego miejsca brzmi Baraque Forestiere des Rognes na wysokości około 2800m., choć nie wiem, dlaczego tak się nazywa, bo drzewka tu nie uświadczysz. Ale dobre miejsce na darmowy nocleg, jest w miarę czysto. Co innego jest za chatą. To przejście już z 3000m to dalsza wspinaczka na grzędę doprowadzającą do lodowca Tate Rousse.
image140

 

Z lodowca już tylko w prawo do schroniska, z którym mam nie lada problem by go odnaleźć w gęstej mgle, która mnie otacza. Cofnąłem się kilka metrów niżej i znalazłem schronisko. Siedziałem w schronisku i zastanawiałem się, co do dalszego wyjścia, które jednogłośnie uznanałem za bezsensowne w taką mgłę.
Schronisko Tete Rousse („Ruda Głowa”) leży na wysokości 3167m i stoi na cyplu o tej samej nazwie. Potem już tylko czynności jak zawsze, wytopienie śniegu na herbatkę i gorące papusianko. Wieczorem kilka partyjek w karty. Wieczór się szybko skończył z powodu braku oświetlenia i przy czołówkach nikomu nic się nie chciało robić. To schronisko odbiega swoim klimatem od schronisk górskich. Myślę, że miano ekskluzywnego hotelu bardziej tu pasuje. Dostałem pryczę na górze i z przyjemnością kropnąłem się spać.
image141

 

Rano tradycyjna herbatka ze śniegu. Dzień zaczyna się ciekawie, choć żadnych widoczków nie widać. Wiem, że droga idzie w kierunku potężnej lodowej ściany Aiguille du Bionassaix i urwisk skalnych Aiguille Gouter. Tutaj już wyciągam czekan i zakładam raki. Jest trochę wietrznie i nic nie zapowiada dobrej pogody. Ta ściana bardzo mnie interesowała. Jest to zachodnia opadająca na dół 800m ściana ze szczytu Aiguille Gouter z wysokości 3863m na lodowiec Bionnassay. Lewą stroną zbocza dochodzi się do rozciągniętej liny stalowej, która kiedyś była asekuracją na lodowcu. Od dwóch lat nie ma lodowca i lina wisi tylko bezużyteczna w powietrzu. Przechodzę nad liną już w stronę opadającej ściany. Wejście do góry to mozolna wspinaczka, żmudne i strome podejście, a pod nogami coraz większa przepaść.
image142

Nie asekuruję się, ani też nie zakładam kasku. Przejście przez Żleb Rolingstones -Le Grydy-Couloir „Wielki Kuluar” było w miarę bezpiecznie i nic się na głowę nie posypało, żadnej przysłowiowej lodówki czy telewizora, czyli potężnych kamulców, które zaskakują przechodzących w ułamku sekundy. Mozolnie do góry podejście do ostatniego trawersu z Via Ferratą pod same schronisko. Wejście na ta ścianę zajęło mi trzy godziny. Schronisko, czyli raczej blaszana buda zamontowana na skale pod wierzchołkiem Aiguille du Gouter, stoi na granicy skały i lodu, który napiera na budynek i jest wycinany piłami mechanicznymi sięgając prawie trzech metrów. Do schroniska prowadzi metalowy pomost zawieszony w powietrzu przed wejściem. Nie dane mi było oglądać całej przestrzeni w dole, ponieważ podejście do góry było cały czas w chmurach. Załapałem się jednak na pryczę w tej blaszance, a całe wejście zawalone jest rakami i czekanami. W drugim korytarzu buty i mały blat, na którym można postawić kuchenkę. Topiłem śniegpóźniej przy herbatce zabijałem czas czytając o dalszej drodze na szczyt..
image143
Na dzień jutrzejszy nie było dobrych prognoz, chmury siedzą dalej i to jest trochę przygnębiające. Z tego miejsca, można obejrzeć całe Chamonix i Midi. Tak jak wczoraj, z powodu braku oświetlenie polazłem spać.
Cały dzień minął na przeczekiwaniu. Wiatr, chmury, żadnych widoków. Zajęcia zawsze te same. Nie liczyłem się z dużym opóźnieniem, wiec moje zapasy żywności są cieniutkie. Racjonuje żarcie – jakaś zupka i ciepły garnek. Jak nie zupka to herbatka i tak w koło. Jeszcze jakieś słodycze i tak przeczekałem cały dzień. Jest bardzo zimno. Rozpuszczanie śniegu zjada mi jeden pojemnik z gazem. Cztery garnki w śniegu to zaledwie menażka wody. Woda na tej wysokości wrze już w temperaturze 85-90 stopni. Tego wieczoru poznaję jeszcze Ricsyego z Węgier, który dotrzymywał mi cały dzień towarzystwa. I jeszcze Rosjanin, którzy okupuje kąt jednego stołu, pod którym z resztą śpią.
image144

Nikt nie zrywał się w nocy, bo były ciągle wątpliwości, co do pogody. Wstałem o 4 rano i wylazłem ze schroniska. Zobaczyłem to, na co tak długo czekałem. Całe Chamonix w dole, wijąca się oliwkowa rzeka L’arve, schronisko Tete Rouse i ściana, którą podchodziłem, robiła duże wrażenie. Granie Gór otaczające całą dolinę. Widok niesamowity. Oczywiście dało to lekkiego kopa, wiec było szybkie pakowanko. Tu uzbroiłem się w raki i czekan i byłem gotowy do wyjścia. Ruszyłem nad schronisko na nawis śnieżny. Tutaj już roztaczał się wspaniały widok na masyw Mont Blanc. Długi odcinek biegnący po nawisie śnieżnym zakręca szerokim łukiem w lewo. Szeroki śnieżny grzbiet doprowadza mnie na rozległy wierch Dom du Gouter. W tym miejscu odgałęzia się lodowa grań Bionnassay.
image150

Zejście do siodła przełęczy, powyżej której stoi alpejski schron Vallota na wysokości 4362m. Z przełęczy długie podejście w górę do schronu, który jak z bajki jest cały biały oblodzony igłami śnieżnymi i wygląda jak gigantyczny jeż. Igły ułożone są w jednym kierunku, z której wieje silny wiatr. Ładny widok białych, najeżonych lodowych ścian. Wiatr bardzo silny i włażę od dołu do środka. Trochę „syfiasto”, ale raptowny brak wiatru przez chwilę mnie niezwykle pociesza. Widzę tu ten śmietnik w schronie, o którym się wcześniej nasłuchałem. To po tych wspaniałych zdobywcach Blanca, którzy nigdzie wcześniej nie byli. Pełno ich w schroniskach, rzucają się w oczy. Czyściutko ubrani, w nowe ciuchy, zgodnie z literaturą, jakiej się naczytali. Po śmieciach widać, że dobrane zgodnie z przykazaniem przewodników jedzonko i napoje. Po drodze do Vallota mijam ślady „wyplutych” przykładnie zjedzonych obfitych śniadanek. Potem zgodnie z „literaturką fachowców” dopychają w Vallot następne żarcie. Popijają obficie i zostawiają cały ten śmietnik innym.

image147

Z Vallota podejście do góry jest naprawdę trudne, bo zapadam się w śniegu – nikt przez 4 dni nie wchodził. Przez ostatnie 2 dni padało równo. Podchodzę do podszczytowej grani. Z grani, już tylko krótki około 80-metrowy wąski i bardzo wietrzny grzbiet doprowadzający do wierzchołka. Sam wierzchołek ku mojemy zaskoczeniu to na prawdę szerokie pole śnieżne. Chmury podchodziły już przed grzbietem, więc widoki pojawiały się i znikały jak na filmie w starym kinie. Mniejszy wiatr i pojawiające się ostre sylwetki A’Gledumini, A’Gleverte, Mont Maudit. Ale w kilka zaledwie chwil pojawia się panorama Alp Berneńskich z połnocno-wschodnich Alp Walijskich. Liczyłem trochę na lepsze widoki „płetwy” Weisshornu. Trochę zmęczony, ale radosny, schodzę do Vallota w obłoczkach i silniejszym wietrze. Zastaję tam pozostawioną przez towarzyszy Rosjankę. Doczepiam ją do swojej liny i zabieram ją do schroniska. Czas jest dobry, wiec schodzę w równym tempie, mijając dwie duże szczeliny i kilka mniejszych. Trochę przypominały o rozwadze. Schodząc już do siodła odczuwam, że wiatr ucichł i wyszło ładne słońce.
image149

 

Ostatni odcinek drogi nawisem śnieżnym potraktowałem już jako spacerek, podziwiając boskie widoki. Kiedy wszedłem do Goutera, było jak w ulu. Nie było jak wejść. Cała sala zatłoczona. Grupy, które ściągnęły, miały zamówione posiłki. Zjadali tyle, że trudno by mi było to zjeść na tej wysokości przez dwa dni. O noclegu na pryczy nie było już mowy. Wszyscy czyhali przez dwie, trzy godziny, żeby pożeracze opuścili stoły i zajęli jakieś miejsca do spania. Było wiadomo, że co komu uda się podłapać, tam będzie spał. Tą noc spędziłem na ławie, a Rosjanka w ramach wdzięczności podrzuciła kawałek masła i orzeszki, ale to już nie miało żadnego znaczenia, wystarczała myśl, że jutro na dole będzie można zjeść coś ciepłego.
image153

 

Myśl o zimnym piwie zachęcała do szybkiego snu.