ikona2

 

 

Już nie mogę wysiedzieć w Chamonix. Denerwuje mnie strata czasu. Jestem tu już 12 dni. Pojechałem przez tunel Monc Blanc do Courmayeur. Za przejazd skasowali mnie na 50 euro. Z drugiej strony tunelu trzeba zjechać w prawo małą ulicą w kierunku La Visaille /1675m/. Tu kończy się droga, a dla kamperów nawet jest specjalny zakaz wjazdu. Dalej jeszcze 3 km do baru Combal /1975m/, gdzie zaczyna się droga na Monte Bianco. Zostaję nad dużym potokiem pod piękną ścianą i nie bardzo wiem czy tu zostać na noc. Zakaz za zakazem, tu również nie wolno stawać, jeśli do 23.00. Ale na kamping niżej nie bardzo mam ochotę. Są tu dwa czy trzy kempingowe pola, ale z stąd miałbym jeszcze dalej do dreptania pod górę.
image156
Jestem spakowany i wyjdę stąd rano. Popołudnie spędziłem ze starszym małżeństwem z Włoch. Pani postawiła kawkę i ciasteczka. Ja w swoim odruchu łapczywości na słodycze pochłonąłem całe pudełko i zorientowałem się trochę za późno. Było trochę śmiechu i sympatyczna Pani zasłodziła mnie na deser czekoladką. Potem super kąpiel w ekstra lodowatej wodzie i spanko.

Wyrwałem już do góry o siódmej rano. Przejście do baru Cobal zajmuje około godziny, od którego po pół godzinie kończą się drzewa i wychodzi się na bardzo wąską, czasem tylko na stopę, grań, która w dodatku jest bardzo sypka. Potem już tylko wielki lodowiec, na którym jest jedno wielkie gruzowisko, zbudowane od najmniejszego żwirku po głazy. Długi ponad 3 km lodowiec wypiętrzony środkiem na ponad stokilkadziesiąt metrów. Na wejściu od strony Nagie bez trudu można zauważyć olbrzymie szczeliny lodowe. Całe przejście to lawirowanie z góry na dół pomiędzy szczelinami. Dużo miejsc, w których lód stopniał i powstały kratery.
image158
Całe brzegi w gruzie i tylko słychać, jak raz po raz następuje obsypanie do środka. Przez cały czas słychać tylko spadające kamienie po zboczach i schodzące lawiny śnieżne, które są efektem ostatniej trzydniowej pogody i dużego słońca.
Wokół mnie panuje absolutna. Słychać jedynie wiatr. Jestem sam i nikt nie idzie ani z góry, ani z dołu. Ciężkie mozolne przejście lodowca i bez przerwy słychać tylko obsypujący się gruz.
Cały czas idę w kierunku ośnieżonego siodła Col de Miage. Na ostatnim etapie lodowca kończy się gruz i zaczynają się tylko szczeliny. Na dolnej partii zbocza jest dużo śniegu. Jestem na wysokości około 2400m. Kilka razy przeskakuję i chwytam się różnych sposobów, aby przejść cztery poprzeczne szczeliny. Są szerokie i głębokie na kilka metrów. Wpadam jednak w pułapkę. Przechodząc w poprzek lewą stroną, zarwał mi się pod nogami lód.
image160
Bezwładnie wpadłem pionowo i tylko plecak zaklinował mnie na tej szczelinie. Nogi w ciężkich butach opadły bezwładnie i poczułem jak zwykle, tylko dotkliwiej, ból lewego kolana. Miałem przez chwilę wrażenie, że oderwała mi się noga w kolanie. Skręciłem ramiona w poprzek i rozłożyłem ręce. Nogą wyczuwałem szerokość szczeliny, ale nie miałem żadnego podparcia. Na szczęście szczelina nie była szeroka, więc prawą noga od dołu kopnięciami poszerzyłem otwór. Mogłem wyrzucić nogę na zewnątrz. Wydostałem się już bez szczególnego trudu. Takich pułapek widziałem po drodze kilka. Pod górną powierzchnią lodu płynie woda, która pogłębia koryto w głąb. Na kilku dużych szczelinach, słychać jak woda spada kilka metrów w dół, dając odgłos wodospadu. Jeżeli lód jest na górze brudny od pyłu, trudno zauważyć, co pod nim się znajduje.
image161
Kulejąc wycofałem się w stronę gruzu. Znalazłem w miarę bezpieczne miejsce i patrzyłem jak w oczach puchnie mi kolano. Zraniłem przy upadku nadgarstek i trochę krwawiłem. Biłem się jeszcze w myślach żeby dojść do schroniska Gonelle i tam przenocować, ale wiedziałem, że i tak dalej nie wyjdę w górę. Nie było właściwie sensu żeby forsować bardziej kolano i rano schodzić. Wchodzenie za wszelką cenę jest bez sensu, o czym się wcześniej przekonałem na Grossglocknerze. Rozłożyłem palnik i strzeliłem sobie kawkę. Przeczekałem do późnego popołudnia, aż się zrobi zimniej. Słońce już dawno zeszło z lodowca, ale nie był jeszcze mocno zamarznięty. Okłady z lodu na dłoń dużo mi pomogły, ale na kolano nic nie dały. Dalej się zastanawiałem czy nie spróbować jeszcze wejścia Jeszcze tylko dwie ferraty, drabinka i łańcuch dzieliły mnie od schroniska. Ale ile razy wstawałem, to rozwiewały się moje wątpliwości. Zrobiło się już dość chłodno i zacząłem deptać z nogi na nogę w dół lodowca.
image163
Wracałem prawą stroną, żeby nie wchodzić na wysokie wzniesienia, jakie znajdują się na środku.
To nie był dobry pomysł, ponieważ miałem więcej szczelin. Do ścieżki na grani przed barem dociągnąłem się po czterech godzinach. Na dole było już ciemno i zamiast pójść prosto, skręciłem w lewo. Wyszedłem na Lago Del Mniage i wylądowałem przy dwóch jeziorkach. Przeszedłem przez nie i już za pół godzinki byłem na drodze do baru. Wreszcie mogłem przeskoczyć w sandałki. Ulga straszna po tym żwirowisku. Było już bardzo ciemno i spokojnie drogą wracałem przez las. Nad potokiem byłem o północy. Interesowała mnie tylko kąpiel w potoku i herbatka. Nad potokiem nikogo nie było, więc mogłem swobodnie zrzucić odzież i się porządnie orzeźwić. Cztery herbatki zadowoliły mnie i zmarznięty wpakowałem się od kołderkę. Kompres na kolano, zimna kąpiel i herbatka, to było wszystko, czego potrzebowałem.
image164

Wracam dzisiaj do Chamonix. Pokręcę się tam parę dni, żeby się podkurować, ale pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to świeża bagietka. Znowu od dwóch dni nie mam pieczywa. Dzisiaj jest ładne słońce, więc zostanę jeszcze tutaj i trochę się uporządkuję. Wracam tunelem Mont Blanc, który ma 11611m długości. W Chamonix jestem przed zamknięciem piekarni i łapię się na dwie oryginalne przysłowiowe francuskie bagietki. Nad potokiem zwalnia się moje miejsce i czuję się tak, jakbym wrócił do punktu wyjścia. Wieczorem wybieram się na piwko, żeby oblać moje niepowodzenie. W centrum Chamonix wieczorem panuje duży ruch, a ja nie mam kompana do kufla. O północy wracam do auta. Rano dam sobie jeszcze szanse na lżejsze wejście w Andorze. Ale myślę, że wielkość opuchlizny i ból zadecydują same.
image165
Rano jadę w stronę Monpellieur na południe. Dojechałem tylko do Chambery i tutaj zostałem na noc. Cały następny dzień, to dalsza jazda z przystankami na posiłek i małe zwiedzanie. Po drodze odwiedzam w Woiron wspaniałą katedrę. Misternie wykonane witraże, ale nie ma niestety możliwości zrobienia zdjęcia. Szkoda, bo zawsze interesowały mnie witraże, a te były wspaniałe. I tak małymi skokami dojeżdżam do Pont-St.-Esprit. Rano jadę do Sete i zatrzymuję się nad morzem. Pływam w morzu, pomimo silnego wiatru i nadchodzącej burzy. W nocy mocno przylało, a przy błyskawicach można było poczytać książkę. Tym razem mnie to cieszyło, bo była straszna duchota. Rano po burzy wybrałem się na zbieranie muszelek. Trafiły mi się wcale niezłe okazy. Do południa dość długo moczyłem nogę i pojechałem do Conet Plage. Tutaj skończyło się morze i kuracje. Takie same, podobne do siebie mieścinki, kawiarnie, bary, kolorowi ludzi i nuda. Wyjeżdżam za miasto, chciałem zostać sam na noc. Burze wyganiają mnie i jadę przez Perpignian i Ur w stronę Andory. Przed wjazdem kontrola francuska i przez płatny tunel do granicy.
image166

 

w Chamonix byłem zawsze pierwszym klientem przed piekarnią bo nie mogłem sobie odmówić swierzej bagietki na śniadanie. Po ośmiu dniach dostałem od Pani gratis 4 bagietki na drogę.