ikona7

I znów zacznę mój reportaż od nieprzyjemnych spraw. Nie spodobałem się bułgarskiemu strażnikowi na granicy. Chyba mój zielony kemping nie budzi zaufania. Stanąłem kołem zbyt blisko pasa, a miało być przodem, równo z pasem… Pouczał mnie i wydziwiał… Nie zapomniał dodać, że to nie Unia – to Bułgaria. Myślę, że się trochę pogubił. Oglądał mój paszport i nie pasowało mu, że turysta. Jedyny turysta, bo tu są tylko TIRy i tylko tędy przejeżdżają. Turyści ewentualnie to tylko nad morzem, a nie w głębi kraju. Czego tu może szukać turysta? Pewnie kolejny, tylko przejeżdżający, do Grecji. I robił wszystko by usłyszeć, że ja docelowo do Grecji jadę i nie będę gościł dłużej w Bułgarii – bardzo by mu to było na rękę, bo jak do Grecji to pewnie mam dużo euro – nie, prawdziwi turyści w Bułgarii to przecież tylko nad morzem. Zostawił mnie sobie na koniec, odprawił w między czasie wszystkie TIRy, choć pierwszy zjechałem z promu. Ja nie mogę być przecież turystą na tym przejściu. Nie chciał nawet zobaczyć zielonej karty. Suma sumarum kosztowało mnie to pół dnia stania, 30 euro „opłaty drogowej”, wynegocjowanej z 200 żądanych i zaowocowało przeszukaniem auta.
image197
Ale po burzy zawsze nadchodzi słońce. Jak miło było rano zobaczyć świat w nowym świetle. Co prawda krajobraz jeszcze podobny, nizinny, słoneczniki i osiołki. Ale ku mojej największej radości, lepsze drogi!! Dużo lepsze!! Widać, że tu się coś poprawiło. Wiele zmian. Dobre drogi, budownictwo po wielu inwestycjach i remontach, zadbane obejścia. Nawet lepiej niż u nas na wsiach, gdzie nie gdzie. Ale w sumie nic ciekawego, żeby zrobić fajne zdjęcia, nic co się rzuca w oczy. Dojeżdżam do Sofii. Tuż przed miastem zatrzymałem się by zgrać zdjęcia z aparatu na płyty i wysłać je pocztą do Polski. W stolicy zatrzymałem się obok miłego parku, znalazłem nawet pocztę, ale nie miałem lewów. Banki w sobotę nie pracują. Facet przy bankomacie zamienił mi euro na lewy. Wiedziałem, że na poczcie nie przyjmą mi euro. Znalazłem jedną wreszcie, ale można było tylko zadzwonić. Na budynku wisiały tylko 4 aparaty telefoniczne. Jakaś kobieta mnie kierowała na pocztę główną, ale wróciłem do auta i pojechałem do centrum miasta. Stanąłem na jakimś parkingu za 6 lewów za godzinę i poszedłem dalej na piechotę zrobić kilka ujęć zabytków. Nigdzie nie mogłem kupić chleba, ale za to naoglądałem się nastolatek w przesadnie niskich biodrówkach i landrynkowych koszulkach, oraz młodych łepków z białymi różkami na głowie stojących na kilogramie żelu, jak wszędzie, powiew zachodniej mody…
image198

Interesuje mnie tylko architektura i rozmaitości charakterystyczne dla danej szerokości geograficznej. Po 2 godzinach wróciłem do auta, próbując na mapie znaleźć wyjazd z tego miasta. Każda zapytana przeze mnie osoba, pokazywała mi, że tylko wie jak dojechać na lotnisko. To nie było mi po drodze, nie chciałem nadrabiać kilometrów w korkach. Wchodzę do budki byłej policji tuż na skrzyżowaniu. Pozostał, jak się okazało, tylko napis, bo w środku kawiarenka. Starszy barman z siwymi włosami długo dyskutuje z barmanką. Są bardzo mili, popijamy kawę i sobie troszkę rozmawiamy. Rysuje mi na kartce mapę jak wyjechać, ale ta mu się kończy, bo droga jest zbyt długa i zbyt skomplikowana bym zapamiętał. Daje za wygraną. Mówi, że Pancarewo, w którym jesteśmy to tak jak „Nowa Huta dla Krakowa”. Świetnie trafił!! Zaskoczył mnie kompletnie. Okazało się, że ma przyjaciół w Polsce. Machnął ręką i kazał mi wyjść z kawiarenki. Wsiadł do swojego Peugeota i powiedział, żebym jechał za nim. Przeprowadził mnie przez całą dzielnicę w upragnionym przeze mnie kierunku. Na pewno nie dało się narysować tej drogi!! Byłem mu bardzo wdzięczny, sympatyczny facet.
image199

Chciałem na niedzielę zatrzymać się nad jeziorem Iskar. Wyjazd z Pancerewa to jedna długa malownicza dolina. W około lasy i góry, ale dojazdu do wody nie ma. Tam gdzie ewentualnie można by dojechać, stoją już ogrodzone ośrodki i mają pozamykane bramy. Pojechałem dalej, wspinając się moim Lublinkiem ku górze. Minąłem niezbyt atrakcyjne małe miasteczko Samokovo i zmierzałem do Borovec, oddalone o 10 km. Stamtąd właśnie wybierałam się na Musałę, która jest najwyższym szczytem nie tylko Bułgarii, ale i całego Półwyspu Bałkańskiego.
image200

W Borovcu tłok, same hotele i każdy macha do mnie bym zjechał do niego na parking, cóż za gościnność… szkoda, że taka interesowna. Niedzielę chciałem spędzić jednak sam, więc wyruszyłem serpentyną do góry. Po kilku kilometrach stary Moskvicz blokuje drogę. Hamuję, ale pedał siada nisko. Drugi raz, jeszcze gorzej. Cofam kilkaset metrów do zakrętu, gdzie minąłem nasyp. Tu się zatrzymałem, to koniec. Sprawdzam i oczywiście okazało, się, że pękł przewód wymieniany tuż przed wyjazdem. Ustawiam się przy wjeździe do kolejki krzesełkowej, bo jest zamknięta, w remoncie. Jest cicho i ciemno. Niebawem przychodzi stróż z psami i tylko kiwa głową. „Stój, bo i tak nic dziś już nie zrobisz”. Puszczam smsa, ale i tak nie wiem czy jest sens wszystkich martwić, bo przecież i tak mi nikt z Polski nie pomoże. Godzina 21;00, siada mi komórka, idę spać. Jutro niedziela.
image201

Rano kawa i wreszcie ciepłe śniadanko. Zrobiłem troszkę porządków po granicznym szperaniu, doprowadziłem również siebie do stanu używalności, jak i również parę ubranek. Zrobiłem podsumowanie dotychczasowych wydatków od wyjazdu z Polski, oraz rozeznanie w terenie – 13 km do miasteczka i 80 km do serwisu. Szlag by trafił. Tu śpiewają ptaszynki, szemrze strumyk, istna sielanka. Tylko mały szczegół psuje mi humor – zepsute auto. Poszedłem po południu do miasteczka Borovec. Jest to zimowy kurort znany jako ośrodek narciarski, niczym miniaturka naszego Zakopanego. Odbywały się tam jakieś popisy samochodowe, ale stacji benzynowej nie ma. Muszę jechać do Samokova, ale to jutro. Wracam do auta. Przychodzi portier z ośrodka koło wyciągu i chce wyłudzić opłatę za postój, choć stoję przy szosie, a nie na terenie ośrodka. Mówi, że jest „bodyguard”. Chyba za dużo filmów się naoglądał. Komary tną niemiłosiernie. Polujemy na siebie nawzajem. Miałem przejść się trochę po okolicy, ale zaczęła się burza. Leje jak z cebra.
image202

Rano po kawie wyruszam do Samokova. Piechotą z górki do Boroveca, a stamtąd stopem. Moim kierowcą okazuje się młody chłopak, który mówi mi, że podjedzie ze mną po płyn. Na stacji nikt nie wie czy ten na stanie się nadaje i jest mieszalny z moim. Jedziemy do mechanika, ten sprawdza w katalogu, ale mojego auta tam nie ma. Kupuję 2x Dota. Temperatura ta sama, wiec musi być OK, choć jest żółty. Mam wątpliwości, ale nie mam wyjścia. Chłopak, który mnie tu przywiózł, zrobił jeszcze zakupy i podrzucił mnie do Dobroveca. Pod górkę do auta maszeruję na piechotę i biorę się do roboty. Po wykręceniu metalowego przewodu, okazuje się, że był za krótko wygięty, to pewnie wina mechanika z Polski. Robię to po swojemu i wszystko gra. Przychodzi znów ten mój bodyguard i mówi, że jeździł autobusem i wie, o co chodzi. Zalewamy auto i odpowietrzamy. Ustaliliśmy okrzyki: „pompuj”, „stop”, „dawaj”. Gadamy po rosyjsku. Wkrótce stwierdziłem, że nawet miły z niego gość i pierwsze wrażenie nie jest tak istotne. Mój czterokołowy domek wrócił do formy. Na polecenie mojego pomocnika, zjechałem na teren ośrodka, gdzie mogłem się umyć. Ledwie zmyłem z siebie smar, to zaczęło znowu lać. By wyjść z auta, musiałem nakarmić wygłodniałego wilczurka, który wychudzony wyglądał co najmniej podejrzanie. Komary nadal nie dawały spokoju wszelkim żywym istotom i jak prawdziwe komary wysysały krew ze wszystkiego, co żywe.
image203

Burze były codziennie, każdego po południa. Potężne ulewy i błyskawice, które niemal całą noc oświetlały niebo. Było nieraz tak jasno przez kilka godzin, że miało się wrażenie jakby był dzień. Potężne ulewy były przerywane gradobiciami. I tak przez dwa pierwsze tygodnie lipca. Ogromny front objął swoim zasięgiem całe Bałkany, sadowiąc się swym centrum przez wiele dni w Bułgarii i Rumunii. Padłem spać dość wcześnie wieczorem i nawet gigantyczne grzmoty z łoskotem rozdzierające niebo nie były dla mnie większą przeszkodą.

Rano pochmurno, obudziłem się o 5:00. Od czasu do czasu przebijało się słońce, więc postanowiłem zaryzykować. Nie chciałem tu czekać kolejnych kilku dni na lepsze warunki pogodowe. Na śniadanie kawka i ciepła zupa. Idę „na lekko”, czyli plecak, dwie deszczówki, herbata, pierniki i czekolada. Rano o 8:00 zmiana ochrony wyciągu, jeden zjeżdża z nocki, a drugi wyjeżdża. Mam troszkę farta, bo załapuję się na krzesełko do góry, normalnie wyciąg nie działa. To 30 minut w górę, więc niezbyt wiele zaoszczędziłem, ale dobre i to. Na górze kilka ośrodków i barów dla narciarzy, ale wszystko pozamykane. Oczywiście wszędzie pełno psów, które czekają na litościwych turystów by dostać jakiś marny ochłap. Trasa jest bardzo widokowa, zieleń traw i porostów gdzie niegdzie przeplatają kwitnące skalniaki w różnych kolorach. Do tego krystalicznie czyste jeziorka połyskują wśród skał. Pięknie, naprawdę pięknie. I nie ma tu tłoku jak na bardziej popularnych szczytach zachodniej Europy, to na pewno jest wielką zaletą Musały. Niestety i tu ludzka ingerencja psuje widok – budują jakiś betonowy kloc, który ma być pewnie kolejnym ośrodkiem turystycznym, a na razie tylko straszy. W drodze do górnego schronu mijam kilka jeziorek, obok jednego z nich suszą się trzy namioty. W nocy ich kompletnie zalało podczas tego oberwania chmury, wszystko mają mokre i nie idą w górę. Ostatnie podejście jest dla mnie bardzo wyczerpujące, ale udaje się.
image204

O 13:15 jestem na szczycie. Musała (2925 m n.p.m.). Puszczam sms do rodziny, veni vidi vici. Nie spędzam tu dużo czasu, gdyż zaczyna mocno wiać i znowu gromadzą się chmury. Ulewa znów murowana. Zakładam wełnianą czapkę i w nogi w dół. Taki miałem plan, uciec przed deszczem, w dniu wejścia i ewentualnie schodzić w deszczu. Gdybym został tutaj z namiotem, zapewne powtórzyłby się koszmar z Moldovenau, Ci na dole chyba właśnie coś podobnego przeżyli wcześniejszej nocy. W drodze w dół nie robię zdjęć, za mokro i z resztą i tak chmury pokryły wszystko. Gdy mam chwilkę odpoczynku przy jeziorkach, nadjeżdża monstrualny terenowy UAZ, który jeździ do wyciągu i dowozi żywność. Coraz ciemniejszy kolor przybierają chmury nad moja głową, więc pora ruszyć dalej. Zostało mi jeszcze pół drogi do kolejki i jeszcze 2 godziny na dół. Znów odczuwam kontuzję kolan, w końcu to już 9 godzin w nieco za szybkim tempie, by zdążyć przed deszczem. Ostre zejście w dół zajmuje mi 2 godziny. O godzinie 20:00 jestem na dole. Zaczęło się błyskać. Kolejny fuks. Portier każe mi wyjechać z ośrodka, więc siadam prosto z marszu, tak jak stałem, cisnąłem jedynie plecak obok na fotel. Ruszam, zatem ostro pod górkę, na której portier już czekał z podniesionym szlabanem. Ledwie wyjechałem na szosę, lunęło. Znowu to samo.
image205

Zjeżdżałem w strugach deszczu, mało co widząc. Zjechałem na dół do Samokov i zaparkowałem obok czyjegoś domu. Nic nie było widać w tej ścianie wody. W dodatku zaczęły przeciekać mi szyber dachy, woda lała mi się na pościel. Trzymając miedniczkę między kolanami rozebrałem się. Chciało mi się pić, jeść i palić, ale szybko zasnąłem, choć w aucie było jasno od błyskawic jak za dnia. Niebo przypominało jeden wielki żarzący się neon, a grzmoty były gigantycznym łoskotem i wyciem ścierających się energii. Nic mi jednak już nie przeszkadzało. O 4 nad ranem obudziła mnie lodowata woda kapiąca mi na głowę z drugiego szyber dachu. Na zewnątrz dudniło jak cholera. To był grad. Tak mocno walił w daszek, że byłem pewien, że za moment rozbije szybę. Było mi już wszystko jedno, niech się dzieje, co chce. Zrobiłem sobie na kuchni pomidorówkę, poprawiłem ją dwiema herbatkami i papieroskami, również w liczbie dwóch sztuk. Przeniosłem pościel razem z gąbkami na podłogę i położyłem się spać, moje łóżko natomiast zajmowała miedniczka i garnek.
image206

Wstałem o 7:00 i zacząłem sprzątać. Miał to być dzień na luzie, dla odzyskania formy. Poszedłem do centrum Samokova by rozruszać moje nadwyrężone kolano, kupić mleko oraz chleb, którego nie jadłem od 4 dni. Zrobiłem kilka fotek i skosztowałem arbuza. Wymieniłem w banku 40 euro i dostałem za to 78 lewów na zakupy i paliwo. Gdy wpadłem do auta, pochłonąłem pół chleba z powidłami i mlekiem, co za uczta!! Pojechałem w strone Dupnicy. Wszystko w tym miejscu było zrujnowane; stare kamazy, budynki fabryczne, stacje i jakieś pozostałości po bazach wojskowych były częściowo rozebrane. Wszystko, co było dobrem socjalizmu, teraz porastała trawa. Obecnie jako pierwszą oznakę kapitalizmu można zauważyć najnowsze modele samochodów, – czyli „fura, komóra, moda, a na końcu dom.” Zbliża się południe, więc znajduję z ulgą trochę cienia na parkingu za miasteczkiem. Uzupełniam notatki i zajadam kradzione śliwki. Po południu i tak pewnie będzie burza, więc troszkę podciągnę i przejadę na grecką stronę. Wszędzie mokro i nie ma turystów. Jak już wyjeżdżałem ponad tydzień temu z Krakowa to już mówili w wiadomościach o powodziach nie tylko na Bałkanach. Widziałem to na własne oczy. Liczę, że w Grecji będzie lepiej i bogowie będą tym razem łaskawsi. Tankuje za 50 lewa 30 litrów. Zostało mi jeszcze 28 lewa, więc jeśli nie wydam, to zatankuję tuż przed granicą grecką. Dojeżdżam do granicy w Kulata, tu nie ma problemu z przekroczeniem. Grek mówi po polsku, nic już nie ogląda i przesuwa mnie na szybki pas. Na pożegnanie do mnie krzyczy: „Pozdrowienio Polsko”. Jestem pewien nadziei, że pożegnałem wraz z Bułgarią wszystkie burze.