ikona8

Masyw Olimpu przepiękny w swej skalistej formie dumnie spogląda na ląd i morze nieopodal. Mitikas z dołu dla ludzkiego oka jest nieosiągalny, lecz mitologiczni bogowie co dzień stąpają po jego szczycie… i mnie wpuścili do swej siedziby… Gdy tylko minąłem granicę wjeżdżając do kraju olimpijczyków powitała mnie bardzo miła świadomość dobrych dróg. Tu można sobie śmigać po 90-120 km, nawet Lublinkiem, co mi bardzo pasuje. Po chwilce odpoczynku i kawce zmierzam na południe przez ciekawą dolinkę Seres. Droga omija miasta, co zdecydowanie mi odpowiada, choć mam okazję przejechać przez Leukonas. Robię minutowy postój przy polnej drodze by zerknąć na mała kaskadkę i ruszam dalej w kierunku Salonik, które mnie niestety rozczarowały. Ogromna metropolia o nieco sfatygowanych fasadach kamienic, które zapewne kiedyś musiały być piękne z swymi południowymi cechami. Budynki nie liczą sobie więcej niż maksymalnie pięć kondygnacji ze względu na teren aktywny sejsmicznie. Obecnie w Salonikach dominuje mnóstwo aut z ponaklejanymi karteczkami, że na sprzedaż.
image207

Stoją nawet na chodnikach i w centrum miasta, zajmują każde wolne miejsce. Jestem zmuszony zatem stanąć pod bankiem na zakazie i idę pozwiedzać miasto. Promenada wzdłuż nabrzeża Zatoki Termajskiej to szereg kamienic z ogródkami i kawiarenkami. Trzeba nieraz lawirować pomiędzy stolikami i krzesłami lub grupami turystów. Niestety wbrew usilnym pragnieniom nie natknąłem się na wiele zabytków, choć dopełniłem zwyczaju i złapałem Arystotelesa za duży palec u nogi, w duchu zapewne pragnąc oświecenia i przypływu wybitnej logiki. Oczywiście o burzliwej historii tego obecnie jednego z największych greckich centrów handlowych świadczą kościoły niemal wszystkich wyznać, od kościołów prawosławnych, przez katolickie, synagogi i meczety. Można gdzie niegdzie dopatrzeć się pozostałości po tureckich łaźniach i starożytnych rzymskich murach obronnych. Ale moje ogólne wrażenie tego miasta nie jest zbyt entuzjastyczne. Hotele, puby i butiki, jak wszędzie.
image209

Wyruszyłem zatem dalej w kierunku Aten, wprost na obwodnicę. Miło było nie krążyć wreszcie po nieznanym mieście, lecz szybko zostać z niego wyprowadzonym dobrze oznaczoną „wylotówką”. Staję na pierwszej stacji, około 25 km za Salonikami. Przede mną Katerina, ale to jutro. Kolacyjka, wyciągnę troszkę kości i ściągnę fotki na płytę. Jest duszno, ale na razie nie pada. Pierwsza noc od dwóch tygodni bez burzy, aż wierzyć mi się nie chce. Po parnej nocy, choć wystarczająco nad ranem chłodnej na piżamę, jadę do Litochoro. Chcę znaleźć jakąkolwiek drogę prosto nad Zatokę. Dziś greckie słońce schowało się za chmury. Trudno się mówi. I oczywiście wkrótce zaczęło lać. Podjechałem wyżej do Priorii, lecz ulewa zatrzymała mnie w połowie drogi. Ciemno i niemal nic nie widać, jedynie błyskawice latają jak oszalałe. Więc postanowiłem, że jednak na dole w Litochoro będzie lepiej. Znajduję parking przy jednostce wojskowej, jest ich tu pełno nawiasem mówiąc. Jest 14:00, a masywu Olimpu nie widać. Chmury wiszą nisko, ciemne i jakby z żelaza. Mam już naprawdę dosyć tych burz, co noc, no ileż można?!
image211

Dzięki Bogu to była „przejściówka”. Poszedłem na spacer po Litochoro, maleńkie miasteczko na zboczu gór Olimpu. Wszystkie uliczki między domami wylane są betonem. Jedynie główną drogę do miasteczka i placyk w centrum pokrywa asfalt. Mnóstwo sklepików z pamiątkami, lecz w centrum miasteczka zaledwie kilka osób się kręci. Dla kogo to wszystko otwarte? Chodzę w górę i w dół uliczkami i robię zdjęcia. Gdy usiadłem na moment na skwerku, podjechał młody Grek. Wymachiwał rękami i pokazywał na mój zegarek, który miał być według niego dobrą ceną a jego propozycję nie do odrzucenia – przejażdżkę jego wozem po okolicy. Zignorowałem go i odszedłem, zbyt dużo gadał. Słoneczko się pokazało, więc zjechałem te 6 km nad zatokę. Upatrzyłem sobie małą niezagospodarowaną uliczkę prowadzącą na plażę. Obok był kemping i restauracja. Przyszedł właściciel i zapytał czy chcę tu nocować. Nocować i się kąpać. Wskazał mi miejsce, które właśnie sobie wypatrzyłem. Zaparkowałem tam, kilka kroków od wody, pod zboczem. Mogłem mieć mój domek otwarty i nikt mi tam nie zaglądał, drzwi miałem od strony wody.
image212

Na prawo rozciągała się plaża kempingu, a na lewo wyrastał zamknięty bar. Lecz stały jeszcze tam leżaki i parasole ze słomy. Wymoczyłem się godzinę w wodzie, ku wielkiej uldze. Potem skonsumowałem domowe mięsko ze słoika. Co prawda miałem wątpliwości, czy wek się nie zagotował po czternastu dniach bez lodówki, ale zdecydowałem, że jak dożyję do rana, to będzie ok.
Wreszcie mam prawdziwy odpoczynek. Fale łagodnie uderzają o brzeg, jest super. Wieczorkiem pójdę na długi spacerek wzdłuż plaży. Znowu mam nadzieję, że tej nocy burza tutaj nie zawita, liczę, że to nie złudne nadzieje. Szybko zasnąłem.
image213

Obudziłem się za to o 4:00 i poszedłem na nocną kąpiel. Woda była cieplutka, super. Potem przespałem resztę nocy do 8:00. Rano jak nowo narodzony odbyłem dwugodzinny spacer plażą, potem kawka, śniadanko i dzień gospodarczy nad Morzem Egejskim. Jeszcze boli mnie żebro po upadku w Rumunii. Uderzyłem wtedy piersią o skały i chyba kilka z nich złamałem. Bardzo boli przy oddychaniu i jak nabieram powietrza to coś tam mi wewnątrz strzela. Ale lekarz pewnie i tak by mi nie pomógł. To musi przejść samo z czasem. Po południu zwiedzam drugą część plaży czekając jak wyschnie mi pranie. Kąpielami w morzu również nie pogardzę. Na kempingu zaopatrzyłem się w dwa świeżutkie chlebki. Współczuję tym ludziom w nowoczesnych przyczepach i kempingach, uzbrojonym w najnowsze satelity, anteny, telewizory i te wszystkie inne techniczne bzdury. Tak nowocześni i wolni na swoich wakacjach, a w rzeczywistości to pozbawione prywatności, ściśnięte sardynki w puszcze. A ja za to na dziko i na wolności, i nikt mi nie zagląda do talerza. Cały dzień upłynął mi na spacerkach po plaży i pływaniu. Rewelacja!! I oczywiście chodzę na szaber – figi. Tylko świeże, prosto z drzewa i tylko kradzione. To smak prawdziwej figi, zwłaszcza te bardziej zielone, bardziej soczyste.
image214

Po południu podjechałem do Priorii. Zapowiadali 2 dni pogody, bez burzy, więc muszę to wykorzystać. Droga z Litochoro do Priorii to 14-sto kilometrowa serpentyna ostro w górę. Po drodze mam okazję podziwiać boskie widoki, nawet bez wychodzenia z auta. Trzykrotnie zatrzymuję się, by moje autko mogło odzipnąć. Staję przy zagrodzie dla koni, które zaopatrują schronisko. Spotkałem Czecha, zjeżdżał z góry na starym, zardzewiałym składaczku. Zjechał prosto do ujęcia wody i polewał nią tylną piastę. Woda aż na niej wrzała. Wytopił wszystkie łożyska hamując z góry, a miał na dół jeszcze kolejne 10 km. Rowerek kupił na górze u pasterza za 2 euro, byle tylko nie schodzić po asfalcie. Ryzyk, fizyk może się mu uda z zapasem wody w butelkach. Dałem mu jeszcze 2 puste butelki, może da radę.
image215

W Priorii jest niewielki parking z chatką – kawiarenką i wszystko zamknięte. Turystów brak, a na parkingu zaledwie kilka aut. Przygotowałem wszystko na ranne wyjście, które planuję na 4:00. O 22:00 nadjechał motocyklista, poczęstowałem go herbatką w zamian za pyszną galaretkę, gdyż zawsze byłem łakomy na słodycze. Parking ma duży spadek, więc wszystko leci ze stołu. Grek nie omieszkał wysypać pół słoika cukru, porozmawialiśmy trochę o jego wojażach po Europie, wybiera się przez Alpy i Francję w kierunku Londynu. Koło 23:00 poszedł w górę z plecakiem do schroniska na noc. Umówiliśmy się na następny dzień w schronisku „C”, gdyby się coś skomplikowało, wymieniliśmy się adresami e-mail.
image216

Pobutka 4:00. Po ciepłym żurku na śniadanie zabrałem z sobą dwie deszczówki, kamizelkę puchową, czapkę i torbę z aparatem. Do jedzenia tylko czekoladę i wodę do picia. Droga z Priorii dość ostra w górę i oznakowana nietypowo jako E-4. Do schroniska dotarłem po trzech godzinach, o 8:00. Tablica w różnych językach świata informowała, że przy okazji wejścia do schroniska należy uiścić opłatę 1,60 euro. Nie za bardzo mi to spasowało, więc zrobiłem sobie przerwę nieco powyżej. Zmierzałem na wierzchołek Skali 2866 m, gdzie dotarłem już o 11:30. W lewo prowadzi szlak na Skolio 2911m, który jest punktem widokowym na Mitikas. Właśnie wyłonił się majestatycznie przede mną, wspaniała ściana z poszarpanym grzbietem. Ze Skolio na Mitikas prowadzi szlak czerwony, lecz drogę po ścianie wybiera się samemu. Najpierw w dół przeciskam się niewielką szczeliną do małego wyrębu w grzbiecie, z którego rozpościera się wspaniały widok na całe podnóże i dolinę. Stąd już tylko do góry na pionową ścianę, w połowie której jest długie pęknięcie w kształcie pionowej rysy. Od tego momentu cała ściana po mojej lewej stronie obfituje w liczne rysy i głębokie pęknięcia. Kieruję się nieco w prawo, w kierunku grzbietu, mając pod stopami przepaść na kilkaset metrów. Z grzbietu przemieszczam się lekko na dół do ostatniej ściany ze szczytem.
image218

Grań jest poszarpana, a na szczycie powitał mnie betonowy słupek z niewielką grecką flagą. Mitikas – 2918 m n.p.m. – najwyższy szczyt pasma Olimp, witam się z bogami z szacunkiem .Te ostatnie ściany zajęły mi półtorej godziny, na prawdę niełatwe wejście i dość ryzykowne, trudno ocenić dokładnie z góry wysokość lecz przepaść mogła mierzyć miejscami nawet do 500 metrów. Za słupkiem na szczycie wyłożyłem się na skale do słońca, chcąc poobcować z mitologią przez dłuższą chwilę. Widoki miałem iście jak z okna pałacu bogów. Popełniłem błąd nie zostawiając plecaka na Skali wraz z przygodnie spotkanym małżeństwem starszych Anglików. Oni i tak chcieli zaczekać na moje zejście, a bez plecaka byłoby o niebo wygodniej, zwłaszcza że szczególnie był wypchany torbą od aparatu. Zrobiłem sobie jeszcze za słupkiem zdjęcie z flagą sponsora i po 20 minutach zacząłem schodzić. Zejście równie trudne, jak wejście. Dwukrotnie musiałem schodzić twarzą do ściany, gdyż było zbyt pionowo. Grzebałem się z zejściem 2 godziny, zwłaszcza przez plecak, który naprawdę mi dokuczał. Jak człowiek schodzi w taką przepaść, nieco musi wyhamować. Ale grecka nazwa kaki skala jest w zupełności uzasadniona, gdyż oznacza schody nieszczęścia. Nie ma tu żadnych zabezpieczeń czy asekuracji, co oczywiście wzmaga tylko emocje i siłę przeżycia tej wspinaczki.
image219

Na Skali robię mały odpoczynek po 3,5 godzinach wspinaczki, którą naprawdę zaczynam odczuwać boleśnie. Leżę tak sobie około 15 minut obserwując nadciągające coraz ciemniejsze chmury, nawet nie wyciągam torby z aparatem z plecaka. Powoli znika horyzont i morze. Postanawiam zejść na dół do Priorii, nie zostając na noc w schronisku, to około 6-7 godzin zejścia, jest 16:00 więc jak dobrze rozłożę siły to powinienem być na dole po 20:00. Dochodzę do miejsca, z którego widać schronisko i spotykam wcześniej wspomnianych Anglików. Robią mi zdjęcie z widokiem na Litochoro i zostają w schronisku, w którym właśnie odbywa się jakiś pokaz mody. Tłok, gwar i ścisk. Modelki w sukniach wieczorowych i adidasach, wszyscy komóry w łapkach i drinki. Głośna muzyka… pewnie wkurzą bogów, więc lepiej stąd zmykać. Ciągnę na dół, robię krótkie pauzy w marszu, coraz dotkliwiej czując moje lewe kolano, wciąż odzywające się po rumuńskiej eskapadzie na Musałę. Ze względu na kolano docieram do Priorii dopiero przed 22:00. Chce mi się pić i jeść, nie ma jednak na kogo wypaść, więc muszę pełnić jeszcze dla siebie rolę kelnera. Marzę tylko o spaniu. Wyjście w ciągu jednego dnia z 1100m na 2918m to duże przeżycie dla organizmu, a zwłaszcza mojego, nie mam już dwudziestu lat. Ponad 17 godzin dreptania, w tym ponad 3,5 ostrej wspinaczki. Ale to co przeżyłem, jak zwykle warte jest tego zmęczenia. Wizyta w siedzibie greckich bogów to wielkie przeżycie, więc mogę powiedzieć, że tam byłem i miód i wino z nimi piłem…
image220

Następnego dnia wstałem o 5:00 rano, dzień sprzątania i prania. Bogowie jednak mi sprzyjali, gdyż ledwo zamknąłem drzwi auta poprzedniego wieczoru, rozlało się na dobre. W blasku gromów miałem wrażenie, że skalna ściana wyrasta już z parkingu. Pojadę do Litochoro i na poczcie wyślę płyty do Polski z notatkami i zdjęciami, a poczta jest tam czynna tylko do 14:30. Wyślę jeszcze z plaży smsy do rodziny, bo tutaj w dolinie nie ma zasięgu, choć na szczyci problemu nie było. I oczywiście na dole czeka na mnie cieplutkie morze, czyli pełna regeneracja w słonej wodzie w przyśpieszonym tempie. Stanąłem obok malutkiego domku, po chwili znalazł się jego właściciel. Wymieniał właśnie belkę podporową dachu, więc mu pomogłem. Świetnie wyglądał, typowy Grek i wielce byłem zdziwiony gdy mi oświadczył, że ma 70 lat. Na prawdę nie wyglądał na tyle, więc mu nie uwierzyłem. Poczłapał po prawo jazdy do auta i okazało się, że oczywiście mówił prawdę. Pochwalił się, że na Mitikasie był 3 razy w życiu – w 1962, 1974 oraz potem w 1985 roku. Kolejna miła osoba na mojej drodze. Po południu planuję wyjazd z Litochoro, więc pora na zakupy jedzeniowe i w drogę ku Macedonii. Nikt mi nie jest w stanie wskazać drugorzędnej drogi na Katherinę więc mykam autostradą do zjazdu na Aiginio.
image221

Po drodze mijam kolejne na mojej drodze miasteczko bocianie – czyli Aleksandreia. Tutaj mieszkańcy na każdym słupie wzdłuż całej głównej drogi umocowali druciane kosze, a w nich bociany uwiły swoje gniazda. Następnie wjeżdżam do królestwa motoryzacyjnego Grecji – Giannista to miasto salonów samochodowych, komisów i szrotów. Tutaj prawdopodobnie na jednego mieszkańca przypada około 10 nowych aut, 20 używanych, 5 kombajnów i ze 20 motocykli. Tak przynajmniej wyliczyłem na oko. Na noc zatrzymałem się w Edessie, miasteczku o stromych i wąskich uliczkach. Najpierw nie mogłem znaleźć miejsca do zaparkowania, a później po spacerku nie mogłem znaleźć auta. Zostawiłem na dziś wszystkie obowiązki gospodarcze i poszedłem spać po północy, a dnia następnego wyruszyłem na granicę w Nike. Niebawem na serpentynach zagotowało mi się autko, a jak wiadomo jak się zagotuje diesla, to można od razu pożegnać się z silnikiem. Wychładzam auto ogrzewaniem, dłubię się ponad godzinę i wnioskuję, że chyba zawiesił się termostat. Zapalam silnik i sprawdzam, nic nie cieknie, węże w porządku, silnik nie stuka. Kamień spadł mi z serca. Wjeżdżam na granicę z Macedonią.