ikona9

 

 

Na śniadanie przegryzłem obowiązkowy serek z sucharami, a chlebka brak. Pada deszcz. Szkoda mi czasu, więc jadę do Jasenic do granicy w Rupie, autostradą od Rjeki. Tego nie ma na mapie. Płatna 7 kun tj. 1 euro. Na granicy tradycyjnie na bok. Grzebanko. Widać osiołek nietypowy i ciekawość duża. Pan wszedł i złapał się za nos – serek „capi”. Leży w umywalce, bo schnie. Pokazuję mu go palcem i mówię „specjalite”. Nie pasował mu ten zapach najwyraźniej, więc pośpiesznie wyszedł z auta. Jechać. Zrobię sobie przerwę w Postojnej. Byłem tu w tamtym roku. Jaskinia wspaniała, na pewno godna zobaczenia. Trasa turystyczna liczy 5,5 km, ale zajmuje to tylko 1,5 godziny, gdyż 4-kilometrowy odcinek tzw. Starego Korytarza pokonuje się odkrytą kolejką elektryczną. Już sama przejażdżka jest bardzo emocjonująca, gdy trzeba raz po raz schylać głowę gdyż ma się wrażenie, że w dzikim pędzie na zakręcie stracimy głowę.
image222

 

Następnie półtorakilometrowy spacerek wraz z przewodnikiem. Jaskinia wydrążona została w skałach przez rzekę Pivkę. Wokół można podziwiać zadziwiające formy skalne, fantastyczne nacieki i olbrzymie komnaty z kolumnami stalagmitowymi. Jeden z starszych Włochów zaśpiewał z tłumu fragment opery. Otrzymał wielkie brawa od pozostałych turystów, ale i wielki pogłos od jaskini. Również pamiętam jak w ubiegłym roku na „Zamku Łabędzim” w Bawarii jeden z Francuzów odśpiewał fragment opery w sali królewskiej. Jest to wspaniałe, jak zwiedzający żywo reagują na opowieści przewodnika. Ale i tak żadne wnętrza stworzone ludzką ręką nie dorównają komnatom pod ziemią. Jako ciekawostkę dodam, że w jaskini panuje stała temperatura 8oC.
image223

 

Postojna tym razem dla mnie to jedynie miła przerwa w dalszej jeździe do Jasenic. Pada, więc bez dalszych postojów dojeżdżam na miejsce. Gór nie widać, tylko utrzymuje się szara mgła. Wpadam do banku i wymieniam 50 euro. Dostaję za nie dużo większych od naszych banknotów, więc mogę spokojnie zrobić zakupy. Dwanaście tysięcy Tolarów pozwala mi na zakup chleba, owoców i paliwa. Jadę do Mojstrany. Tutaj zostanę na noc. Obok pizzeri, tak jak w tamtym roku, kiedy byłem z Monią i Maćkiem. Wtedy było wesoło i świeciło słońce. Teraz leje i jestem sam, to mnie dobija najbardziej. Jeszcze wczoraj gotowałem się w słońcu, a dzisiaj długie spodnie, koszulka i na to koszula frotte. Mogę lepić bałwana ze śniegu. Spało mi się dobrze, bo w nocy wreszcie świeże powietrze i chłód sprzyjał głębokiemu odpoczynkowi, ale to chyba trochę jednak za szybki przeskok z ukropu do zimna, bardzo dociekliwego zimna. Więc dostałem dreszczy. Ale przestało padać, choć dalej jest bardzo pochmurno. Liczę na to, że jutro wyjdę w g órę. Rozlane czekolady w papierkach stwardniały jak i żółty ser. Może przestanę w końcu wyrzucać popsute jedzenie. Dzisiaj trochę się zaaklimatyzuję do chłodu.
image224

W górze będzie jeszcze zimniej, nie chcę mieć problemów. Rozejrzę się za Tonim, strażnikiem Triglawskiego Parku Narodowego, którego poznaliśmy w ubiegłym roku. Mam dla niego list od mojej córki.

Pochodziłem po Mojstranie i zrobiłem trochę fotek. Zacząłem też szukiwać gdzie mieszka Toni. Trafiłem na listonosza, który z pamięci podał mi adres. To zaledwie kilka kroków do góry, po drugiej stronie potoku, miałem prawdziwego farta. Zostawiam list, ale Taniego nie zastałem. Jest gdzieś na górze, zatem i ja też idę w górę do doliny Vrata. Nic się oczywiście w niej nie zmieniło, nadal równie wspaniała i bardzo widokowa, jak przed rokiem.. Wtedy już rano o piątej przedeptałem 11km do góry, żeby ją całą zobaczyć.
image225

Odwiedziłem i tym razem chyba najpiękniejszy jak dotąd wodospad w moim życiu. To jeden z najsłynniejszych wodospadów południowej Europy – Pericnik – zespół dwóch wodospadów. Górny wodospad mierzy 16 metrów, a dolny około 50. Dość łatwą trasą przez las można podejść pod sam nurt spadającej wody, gdyż z dna doliny wygląda jakby czarodziejsko zawisł pośród drzew wysoko w górze. Jednak odległość faktyczna to jakieś 300 metrów w górę od strumienia Bistrica. Co najbardziej urzekło mnie i prawdopodobnie wszystkich odwiedzających to miejsce, to fenomenom tego zjawiskowego cudu natury, tego pięćdziesięciu metrowego giganta. Nie tylko można podziwiać go z kilku punktów widokowych, jakby na wyciągnięcie ręki, to również można udać się stromą ścieżką za lustro spadającej z hukiem wody i obejść wodospad dookoła. Nie lada wrażenie na pewno dla wszystkich, którzy do tej pory mogli takie sceny oglądać jedynie w reklamie batonika Bounty.
image226
Tym razem jednak pogoda schowała przede mną refleksy słoneczne i raz po raz byłem omiatany „chmurami wody” niesionymi przez bardzo silne podmuchy wiatru.

Skończyła mi się pamięć na kartach w aparacie, więc wracam spacerkiem do auta. Przespacerowałem dzisiaj około 15 km, więc mi wystarczyło jak na jeden dzień. Ostatni tydzień tylko to tylko morze, cień, morze, cień, więc teraz trochę wymarzłem. Czekają też obowiązki. Zgrać karty, zjeść późniejsze trochę śniadanko. Jest już godzina 15, a jeszcze czekają zaległe raporty. Niebawem w drzwiach mojego auta pokazał się Toni. Bardzo mnie ucieszył jego widok. Nie widzieliśmy się cały rok. Idziemy do pizzeri na piwo. Plotkujemy. Jest bardzo zadowolony z swojej pracy. Obcuje cały dzień z górami i przyrodą. Choć i tutaj coraz częściej pokazują się „oszołomy”. Ale to już nie miasto, w którym spędził większość życia. Planujemy wspólny wypad na Triglav. Pada propozycja wejścia zachodnią ścianą. Planujemy zostać na noc pod Luknią. Potem Bamberger, bunkier Morbienia, Alojzy Triglav od zachodu, Aljażew Ston, i powrót przez Mały Triglav, Triglavski Dom na Kridericy, RŻ, Staniczny Dom i Doliną za Cmirą.
image227

 

 

Ten pomysł bardzo mi się podoba, gdyż w poprzednim roku wchodziłem na Triglavie zupełnie inną trasą. Umawiamy się o 20:00 na górnym parkingu. Zgodnie z planem wieczorem jesteśmy w Biwaku pod Luknią. Zostajemy tu na noc, w małym domku alpinisty. Toni ma klucze i mamy całą chatę dla siebie. Dwa łóżka piętrowe, mała kuchnia w kącie, i stół. Na ścianie lustro z korzenia, które sam zrobił. Nad stołem wisi dyscyplinka – pała z korzenia. Wcinamy na kolacje swojską kiełbaskę, serek żółty, popijamy piwkiem. Prognoza na jutro jest dobra, więc wskakujemy w pielesze.
image228

Pobudka o piątej rano, na śniadanie ciasteczka kruche i mleko. Zamykamy chatę i idziemy na Luknie i Bamberger. Dochodzimy do pionowej ściany, skąd teraz tylko do góry. Ale jeszcze robię kilka zdjęć. Kozły walczą ze sobą i zbiera się ich coraz więcej koło nas. Droga do góry bardzo eksponowana, kilka miejsc jest na prawdę trudnych. Nie używamy liny i się nie asekurujemy. Idziemy osobno, więc mamy większy luz. Dochodzimy do grani i mogę zrobić kilka kolejnych zdjęć. Jest bardzo ładnie i świeci słońce. Podążając granią napotykamy na wąskie przejścia. Odbijamy z grani w stronę bunkra. To bunkier Alojzego, który mieszka tam od sześciu lat. To jedyny prywatny bunkier w Słowenii, w dodatku najwyżej położony w górach. Sam go remontował i sam go zagospodarował. Wszystko na górę wniósł na własnych plecach. Pod bunkrem ruiny. Tu kiedyś przechodziła granica z Włochami. Wąskie wejście, stalowe drzwi i sztaby. W bunkrze jest wszystko. Spanie, kuchnia, barek, biblioteczka z całkiem sporym zbiorem książek. Nie mówię już o setkach drobiazgów takich jak liny, karabinki, pojemniki z gazem, czekany. Jest ciasno, ale nie może tu niczego zabraknąć. Alojzy częstuje nas ciepłą zupą i dobrą herbatą.
image229

 

 

Wychodzę by zrobić kilka ujęć, słońce świeci mocno, ale jest silny wiatr i zimno odczuwa się dużo bardziej. Oczywiście widoki wspaniałe, z łatwością można dostrzec Morze Adriatyckie. Wypijamy po drugiej herbacie i czas na nas. Zostawiam dwie konserwy i chleb Alojzemu. Tu każda wniesiona żywność ma dużą wartość. Alojzy pożycza mi ciepłe rękawice, bo tak naprawdę to nie wiem, co się stało z moimi. Trochę po cemencie, trochę dziurawe, ale widać pracował w nich przy schronie.
image230

Ruszamy, dalej do ściany i wprost pod górę. Droga eksponowana, wysiłkowa i przepaść pod nogami na kilkaset metrów. Nie asekurujemy się, w górnej partii ferraty. Już granią przejście do szczytu. Wychodzimy około 30 metrów pod szczytem. Szczyt Triglav 2864 m. Trochę mam inne spojrzenie na ten wierzchołek, jak w tamtym roku, gdzie sam wchodziłem. Ale i wchodziłem z innej strony. Na górze kilka osób, które weszły przez Prag. Robimy sobie z Tonim zdjęcie i schodzimy stąd. Granią przechodzimy na Mały Triglav. Tutaj strome zejście w dół, a pod nogami jedna wielka pustka, tutaj na prawdę czuję, że żyję. To ten moment, który tak lubią alpiniści. Schodzimy na Triglavski Dom na Kridericy. Siedzimy na ławce i wcinamy trochę zieleniny. Toni ma znowu niespodziankę i wyciąga ogórki, cebulę, czosnek, kiełbaskę i cienko pokrojony bekon. Zagryzamy papryką.
image231

 

Robię kilka zdjęć i nagle widzę znajomą mi postać. To szef górskiego pogotowia ratunkowego Pan Duszan. Miłe spotkanie. Duszan i Toni prowadzili akcje ratunkową w tamtym roku, kiedy byłem uwięziony na górze. Duszan wysłał helikopter, który rano zdjął mnie z góry. Robimy sobie w trójkę zdjęcie z miłego spotkania. Na górze trochę zamieszania, bo Duszan właśnie organizuje święto z okazji 110 rocznicy Kridericy.
image232

Schodzimy w stronę RŻ. Potem na Staniczny Dom, gdzie w tamtym roku spędziłem noc przed akcją ratunkową. Idziemy w stronę Doliny za Cmirą. Toni ma tutaj swoje drogi, więc idziemy dość eksponowaną trasą. Toni dzisiaj bardzo urozmaica mi dzień, za co chyba będę mu dozgonnie wdzięczny. Obchodzimy Cimę prawą stroną i teraz cały czas ostro w dół. W niższej partii zeskakujemy z nogi na nogę i powodujemy pod butami lawinki. Zjeżdżamy tak z kroku na krok. Czasem długość zjazdu na bucie wynosi 3 metry, a zabawa jest wyśmienita. Dwa miejsca są trudne i mało śmieszne, ale nie tracimy humoru. Przy kosówkach jedno dość trudne zejście trochę nas uspokaja i powraca do nas uczucie respektu do gór.
image233

 

Na drugim zeskoku w dół znowu wysiada mi lewe kolano. Nie mówiąc, że czuję bardzo paznokieć, który odkleił mi się od palca u nogi, wciąż przypominając mi o Rumunii. Ta „jazda” trwa ponad godzinę i kolano mi całkiem wysiada. Toni czeka kilka razy jak dobiję do niego. Potem już jakieś dwa kilometry przez las. Robię zdjęcie skały, gdzie widać wykrzywioną twarz złej baby. Jesteśmy na samej górze doliny. Tutaj zaczyna się potok, ale teraz brak wody i widać tylko wstęgę białych kamieni. W tamtym roku to miejsce huczało. Tej zimy było mało śniegu, ale niestety dla mieszkańców doliny była bardzo ostra.
image234

 

Dochodzimy do drogi. Dwa kilometry przed parkingiem. Nie ukrywam, że już bardzo chciałem od jakiegoś czasu spotkać się z moim kampem. Trasą turystyczną przez mostki jesteśmy na miejscu. Toni zaprasza mnie do siebie do domu na kolacje, ale ja nie chcę sprawiać mu kłopotu, więc to ja zapraszam go na kolację do restauracji „U Kota”. Pożegnalne piwo dobrze nam zrobi. Spotykamy się wieczorem w restauracji, Toni dostaje na moją komórkę sms od Moniki. Jest mu miło i mnie również, że moja córka pamiętała o nim.
image235

 

Żegnamy się, bo Toni ma jeszcze obowiązki. Musi skontrolować teren i górny parking. Tam czasem są kłopoty. Biwakują Czesi i palą ogień, kampy zostają na noc, co jest zabronione i również na parkingu nocują Niemcy, którzy są ponoć bardzo nieprzyjemni. Strażnik czasem musi nawet wezwać policję. Są kłopoty, bo wbili sobie do głowy, że im wszystko wolno. Myślą, że to czasy jak jeździli do Bułgarii i strzelali marką, to mogli sobie porządzić.

image236Wielcy Panowie, co zostawiali 2 marki napiwku. Ale wieczorem najlepiej widać, jak ta szlachta nowobogacka w swoich pięknych samochodach odjeżdża i zostawia po sobie świniarnię. Triglavski Park Narodowy dla nich to tylko miejsce, gdzie trzeba się w wolny dzień pokazać. A szkoda, że nie tylko dlatego, że to jeden z najpiękniejszych Parków Narodowych w Europie tylko, że im wartości się zmieniły. Szkoda, że ci, którzy przyjeżdżają w takie miejsca by je podziwiać, muszą obcować z brudasami i w chlewie, który pozostawiają po sobie inni.

Zostaję w Mojstranie na noc. Nie chcę jechać po piwku, ale tak naprawdę to nie chcę opuszczać tego miejsca. Chyba w przyszłym roku zawitam tu znowu, choć na kilka dni.