Kaukaz Elbrus 5642m npm.

Na dworcu kolejowym byłem pół godziny przed odjazdem pociągu. Siedziałem przed wejściem na chodniku popijając mój napój z bąbelkami. Koło mnie stał plecak , który swoimi rozmiarami straszył przechodniów. Zastanawiałem się jeszcze chwile czy spakowałem wszystko, jakby to miało teraz jakieś znaczenie. Padał drobniutki deszczyk, a ja popalałem papieroska. W myślach prześwietliłem plecak dla uspokojenia duszy i wyliczałem wszystko z pamięci: ciepła kurtka, spodnie, ochraniacze, stuptupy, skarpety, bielizna przeciwpotowa, czapki, rękawiczki, śpiwór puchowy, buty, czekan, czołówka, menażka, gaz, moje ulubione batoniki, napój izotermiczny, aparat fotograficzny, kalimata itd., itd. Zdawało mi się że ta wyliczanka nie ma końca. I tak nigdy nie wiadomo do końca czy wszystko jest zabrane, czy wszystko, co trzeba, zostało zapakowane, taka zawsze myśl towarzyszy zapinaniu plecaka. Do paru rzeczy   zawsze mam jakąś wątpliwość. Ale pomyślałem: Przecież to Kaukaz, sam odpowie na to pytanie już na miejscu.

Wciskając w pociągu plecak na półkę mogłem oddać się lekturze w drodze do Przemyśla. Na miejscu miałem jeszcze chwilę, więc kupiłem w kantorze trochę twardej waluty ukraińskiej i rosyjskiej. Dolar i tak był podstawą bytu tam, gdzie się udawałem, ale trochę drobnych nigdy nie zaszkodzi. Na stronę ukraińską nie miałem połączenia. Złapałem autobus rosyjski, który zabrał mnie na drugą stronę. Oczywiście nie pomyślałem, że to takie proste. Na granicy Ukrainiec stwierdził, że nie pasuję do tego towarzystwa i wyróżnił mnie trochę. Nie chciałem zostać mu dłużny w ramach naszej odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej, wiec i ja za jego spostrzegawczość wyróżniłem go osobiście. Po przypieczętowaniu naszej przyjaźni przekroczyłem granicę. Jadąc nocą przypominały mi się chwile, ile to już razy od trzydziestu lat nasze bliskie spotkania kończyły się uściskiem dłoni. Chociaż i bywało tak, że w nagrodę wyróżniono mnie w sposób szczególny. Zakazem wjazdu na pięć lat. Krótkie rozpamiętywanie zakończyło moją krótką podróż za wschodnią granicę. Dalsza podróż jest możliwa ponieważ posiadam w paszporcie pieczątki AB, które są wymogiem wyrwania się na Kaukaz. Jest to jedyna szybka przepustka do Rosji. Zdobyłem bilet do pociągu tzw. „kupiejny”, który jest kilka dolców droższy od biletu „plackartne”. Gwarantowało mi to miejsce w czteroosobowym przedziale, a nie w wagonie otwartym, gdzie spać się kładzie jeden za drugim, wzdłuż wagonu jak rybki w konserwie. Odwiedziłem ten wagon z ciekawości w czasie jazdy i czułem wtedy jaki to wielki dar mnie spotkał, mając przedział czteroosobowy. Choć nie powiem, towarzystwo rozbawione, silnie zakrapiane, przy śpiewach w zaduchu swoich towarzyszy. Widok mało przyjemny, ale jaka atmosfera! Biorąc jednak pod uwagę jazdę ponad 40 godzinną, doceniłem zalety swojego miejsca.

Podróż  do Piatigorska uatrakcyjniają jedynie przystanki na dworcach, gdzie można kupić od handlarzy ciepłe posiłki, czy napoje. Przyznam się, że te widoki trochę mnie szokowały. Ludzie w najróżniejszym wieku, krzyczący z wyciągniętą ręką, oferując „delikatesy” biedy. Luksusowy towar, jak nóżka od kurczaka i gorące, całe ziemniaki, zapakowane w worek foliowy. Babcie sprzedające bułeczki, które same upiekły i herbata domowa, w starej butelce do napojów. Widok przygnębiający i myślę, że nazywanie ich handlarzami jest ujmą dla tych ludzi. Jest to walka o przetrwanie ludzi młodych i bardzo starych w „dobrobycie” sowieckim. Nagroda od władz za swój oddany „demokratyczny” głos. Tu można zauważyć również jak posiadanie munduru, co prawda kolejowego, ma znaczenie dla ogółu. Oznaki władzy nie raz dają o sobie znać. Wagon pięknie przyozdobiony w sztuczne kwiatki, rozwieszone pod sufitem umilają podróż. Kawka, owszem, własna lub zalana jedynym szybkowarem znajdującym się w ścianie na końcu wagonu. Teoretyczny wrzątek i jedyna ciepła woda. Toaleta mnie nie zaskakuje ,ponieważ znam ten dobytek od lat kilkudziesięciu i wiem, że można zrobić tam wszystko stojąc na blaszanej misce. Trzeba złapać tylko ten rytm jaki nadaje pociąg i cieszyć się z atrakcji jakiej nigdzie indziej nie spotkamy. Zamykane regularnie przed i po większych mijanych miejscowościach. Atrakcją również tej podróży są kontrole graniczne, odbywające się w nocy i masa pytań „gdzie”, „po co”, „co masz”, i wypełnianie dodatkowych dokumentów. Otrzymuję też pisemne potwierdzenie wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej, które należy zachować. Ale czy to nie jest miłe. Nowi ludzie, nowe twarze i nowe doznania. Zawsze uważałem, że przebywanie w „swojskich” klimatach nadaje sens i cel podróży. Lubię, że w każdej chwili podróży otoczenie nie pozwala zapomnieć gdzie się człowiek znajduje. Nowe doświadczenia i niedogodności mają swój specyficzny charakter, który jest mi potrzebny. Tu nie można zapomnieć, że jestem w drodze.

W Piatigorsku wymieniam trochę drobnych dolców na zakup następnego biletu, ponieważ wszędzie trzeba płacić rodzimą walutą. Każda inna nie wchodzi w grę, a to jest zawsze mały problem. Odwiedzam restaurację, żebym mógł spróbować starym zwyczajem potraw regionalnych. Nie ma ich za dużo ale miła obsługa „krasiwych” dziewczyn rekompensuje i pozwala na zapomnieniu o sposobie ich podania. Powinienem jeszcze się zarejestrować, wypełnić formularz meldunkowy w tzw. OVIR, ale przyznam się, że sama pamięć o tym mi wystarczała i nie miałem na to żadnej ochoty. Miałem jeszcze przed sobą dość formalności które były dla mnie ważniejsze. Zapytanie milicjanta o dobry hotel w centrum wywołało takie zdziwienie, że odebrało mu mowę na kilka chwil. Dwa jeszcze pytania czy „dobry” i „czy to jeszcze w centrum” przywróciło mu mowę. Skomplikowane tłumaczenie dojazdu do hotelu skończyło się moją propozycją przejazdu radiowozem. Ale po chwili wiedziałem, że przesadziłem. Był czerwony, choć nie świeciło słońce, ale na pewno czerwony z przekonania. Dał temu upust na zakończenie naszej rozmowy uświadamiając mi o powadze władzy radzieckiej, wdeptując mnie krzykiem w podłogę w „bocianim gniazdku” z napisem GAI. A ja tylko chciałem się przejechać radiowozem.

Długi spacer skończył się w recepcji hotelu. Ciężki plecak i moje trapery już się nie spodobały na wejściu, co można było zauważyć. Ale na szczęście w tej branży istnieje dolec który szybko jedna sobie ludzi. Stawka wyjściowa – pięćset rubli. Szeroki uśmiech i propozycja: dwie stówy. Jeszcze szerszy uśmiech recepcjonistki. Cztery stówy. Zagajam o wyjątkowej urodzie i proponuje dwie i pół. Dupa. Staje na trzech i daje paszport. Paszport pod ladę, dostaję klucz. Zgłaszam się do kierownika piętra, który przyznaje pokój, ale muszę wykazać się cierpliwością. Kierowniczka trzyma szklaneczkę z gorzałą i jest w uścisku mniejszego od niej mena. Gość śpiewa, mi się ziewa, ale muszę wysłuchać do końca. Kierowniczka prowadzi mnie do pokoju, mówiąc całą drogę, co mi nie wolno i gdzie jest toaleta i prysznic. Duże łóżko, umywalka, prysznic w końcu korytarza. Wystarczy. Zdjąłem trapery wyjąłem konserwę i nastała ciemność. Poleciałem do kierowniczki piętra i dostałem szoku. Spokojnie oświadczyła, że o dziesiątej gasi się światła i wyłącza wodę. Wróciłem do pokoju w pełni doceniając troskę o spokój i ciszę gościa hotelowego. Założyłem kurtkę i chciałem wyskoczyć, żeby się rozluźnić. Strzał następny. Drzwi po dziesiątej też się zamyka. Szybkie dwa dolce dają mi przepustkę na pół godziny. Następny szok. Okazuje się, że egipskie ciemności są i tutaj. Miasto w ciemnościach. To sama reguła ten sam czas. Na końcu hotelu gość się pakuje ale jeszcze załapuję się na zimnego kurczaka z rożna i piwo. Wypijam piwo na trawniku, a pies przybłęda dostaje ode mnie kurczaka. Ta sama skóra i kości w postaci psa kładzie się koło mnie na trawie i chyba mamy te same myśli. Popiliśmy, pojedliśmy dajmy już sobie spokój na dzisiaj.

          Dalsza podróż to Nalczik i Treskoł. Droga coraz barwniejsza w wydarzenia, ale muszę załatwić przepustkę od władz wojskowych na poruszanie się w strefie przygranicznej. Tak zwany „poprusk” pozwala na poruszanie się po południowej części doliny Baksanu. Ale załatwiam to bez większych problemów w jednostce wojskowej, a pułkownik załatwia wszystko swoim podpisem. Proste. Wystarczy podejść do bramy i dać do zrozumienia, że przychodzi się w celach pokojowych. Tam po okazaniu szacunku dostajemy się do strażnika. Okazuję zatem „szacunek” i przychodzi  żołnierz, który przynosi druczek. Po okazaniu „szacunku” i wypełnieniu druczka, dowiaduję się, że jak okażę szacunek dla tego, co podpisuje to będę szczęśliwy. Ale ten żołnierz prowadzi mnie do pustego pokoju, żebym mógł okazać swój szacunek żołnierzowi, który zaniesie ten druczek. I cała tajemnica polega na tym, że to ten właśnie żołnierz przekaże mój szacunek do podpisującego, jak oczywiście jemu najpierw okaże szacunek. Wywala mnie za bramę z pełnym szacunkiem i każe czekać na chodniku. Po trzech godzinach  otrzymuję z szacunkiem dokument dokładając wszystkie papierosy. Pomyślałem sobie z całym szacunkiem do waszego szacunku – pocałujcie mnie w dupę z całym szacunkiem.

Teraz tylko myślałem jak się dostać do Nalczika stolicy Republiki Kabardyno-Bałkarskiej z Kraju Stawropolskiego.

Kolejne przesiadki z pociągu na autobus pozwalają mi się rozluźnić, ponieważ jadąc przez dolinę Baksanu widoki zacierają mi pamięć o spotkaniach z milicją, która na dworcu zapolowała na mnie chcąc wiedzieć „gdzie”, ”po co” i co mam w tym wielkim plecaku. Ale chcąc mieć spokój okupiłem go następnym okazywaniem szacunku dla władzy radzieckiej.

Dolina Baksanu przeniosła mnie w ten klimat, na który dawno czekałem. Rozklekotany autobus i miłe towarzystwo w autobusie było czymś, na co tak cholernie długo czekałem! Pokazywali mi wszystko po drodze i objaśniali znaczenie pomników, jakie mijaliśmy po drodze. Co prawda każdy jedzie stroną, jak mu pasuje, przy tym trąbiąc na drugiego, ale szybko zrozumiałem, że jest to codziennością. Osiołki, z którymi mogłem pogadać w czasie kilku przerw na papierosa poprawiały mi humor. Jednak wspaniałe widoki były przerywane zrujnowanymi kurortami i sceneria przypominała wpływ władzy radzieckiej i chęci dominacji nad tą republiką. Ale ludzie, z którymi obcowałem w tej podróży mieli tyle ciepła w sobie i życzliwości, że utwierdzali mnie tylko w przekonaniu, że można zniszczyć ich domy ale nie ich serca.

Mój cel podróży był już blisko i uświadomiłem sobie, że droga zbliża się ku końcowi kiedy minęliśmy wioskę Elbrus. Na końcowym przystanku wysiadłem już tylko sam. Stałem na placyku, gdzie kończyła się komunikacja, a dalej bita droga prowadziła już tylko do celu. Przez godzinę nikt nie pokazał się na horyzoncie. Nadjechała „łada” i kierowca po moim podskakiwaniu w górę, zatrzymał się. Rozmowa była krótka i ograniczyła się do kilku dolców. Dojechałem do dolnej stacji wyciągu.

Przypomniałem sobie o niepokojach w tym regionie i napięciu w stosunkach rosyjsko-gruzińskich. Oskarżenia Rosji jakoby Gruzini udzielają schronienia terrorystom czeczeńskim w Wąwozie Pankiskim. Ale jak sobie uświadomiłem odległość wąwozu od miejsca, w którym jestem, ogarnął mnie spokój. To przecież jest dalej na wschód, a ja zaraz pryskam w górę i nic tak naprawdę mnie to teraz nie obchodzi.

Na dole przy kolejce było kilka straganów sprzedających ciepłe buty i czapeczki z Kaukazu. Gorące szaszłyki, kiełbaski i pamiątki. Interesuje mnie tylko chleb i zjedzenie czegoś ciepłego. Szaszłyk nie zadowolił mojego podniebienia, ale zadowolił żołądek. Z chlebem też się okazało, że jest problem ,ale załatwiła mi jedna miła pani z innego stoiska. Siedziałem i patrzyłem na kolejkę odjeżdżającą do góry. Ale miła dziewczyna szybko mnie postawiła na nogi, kiedy mi oświadczyła, że jeszcze za chwilę będzie może ostatni kurs do góry. Jak się okazało był to kurs dodatkowy o zwiększonej opłacie dla kilku osób. Szczęśliwie się załapałem. Widoki ukazujące się coraz wyżej przeniosły mnie w tak dawno oczekiwany świat, że nie mogłem uwierzyć że jestem tu wreszcie po tych wszystkich przejściach.

Wiedziałem już na górze, że to koniec jazdy. Kilka osób, które ze mną wjechały, pokręciło się i zjechały na dół. Bardzo mi to odpowiadało, że nie ma nikogo i zacząłem wycieczkę po zakamarkach. Zostaję tutaj na noc w celu lepszej aklimatyzacji. Jedynym dobrym miejscem jest podłoga w kącie, gdzie zachowały się dwie szyby. Było zimno i wiało ostro. Przebrałem się ciepłe ciuchy, nastawiłem wodę na palniku i poszedłem pooglądać ratraki. Zrobiło się ciemno, więc przy czołówce wrzuciłem coś na ząb i wpakowałem się do śpiwora. Wpadła mi do głowy myśl czy w kabinie ratraka nie byłoby cieplej ale jak pomyślałem, że nie wyciągnę kości, szybko wróciłem do rzeczywistości. Budząc się rano byłem przypruszony śniegiem, który wdzierał się do środka.

Znałem dobrze z literatury całe połączenie do góry i wiedziałem, że do wysokości 3750 mogę skorzystać z szeregu kolejek. Tak więc z wagonika przesiadłem się na krzesełko patrząc czy jadący plecak przede mną nie wyląduje na stoku. Wyciąg robił złe wrażenie, zbudowany w 1956 r. Mokry, cały we śniegu, w dole ostre wulkaniczno-magmowe skały kaukaskich gór, żadnej  roślinności, czarno-szary popiół i magmy, groźne i nieprzystępne skały, to widok, jaki ogląda się w dole jadąc bardzo stromo w górę. Jazda na rozklekotanym krzesełku, tutaj przy tych wzniesieniach, robi wrażenie. Jeszcze jedna przesiadka na kolejny wyciąg krzesełkowy i wylądowałem pod „Beczkami”. W pierwszej chwili widok ogromnych zbiorników po paliwie lotniczym przerobionych na schronisko robi wrażenie. Miejsce na wysokości 3900 m n.p.m. nazywane jest Garabashi Point.

Duży śnieg, ośnieżone szczyty i widok bardzo oczekiwany. Uszba. Piękna, majestatyczna, a jakże surowa. Sam widok skłania do refleksji i do pochylenia czoła. Widziałem setki zdjęć tej góry, ale teraz patrząc na nią, czułem jej dominację.

 Przebrany powtórnie, założyłem raki i postanowiłem, że dzisiaj dojdę do wysokości 4100 m n.p.m. i założę obóz. Wiał silny wiatr, ale i przebijało się gdzie niegdzie słońce. Droga była trudna, ponieważ śnieg był wysoki i przejście wielu miejsc zajmowało dużo czasu. Jedyna trudność polegała na wytrzymałości fizycznej, kondycji zależnej przy tak rzadkim powietrzu od sprawności płuc i serca.

Na wysokości schroniska Pirjut, zrobiłem ostatni odpoczynek. Moje wejście zbliżało się do końca i rozglądałem się za miejscem gdzie będzie najlepiej się rozbić. Największą zmorą był silny wiatr, który wiał bez końca. Podszedłem pod Skały Pastuchowa i tam zakończyłem swoje wejście. Kłopoty z rozbiciem obozu były duże, ale po czasie miałem już miejsce, gdzie mogłem się schronić. Teraz tylko myślałem, żeby stopić śnieg i napić się czegoś ciepłego. Wiedziałem, że zaraz zrobi się ciemno, więc muszę się trochę uporządkować. Założyłem dodatkowy sweter przed nocą i siedziałem cierpliwie patrząc jak topi się śnieg.  Trwało to pół godziny zanim zdobyłem garnuszek wody, ale miałem wrażenie ze to wieczność. Nie miałem ochoty na jedzenie, więc padnięty wlazłem do śpiwora i patrzyłem tylko czy wiatr nie porwie tej szmaty.

Pierwsza noc na dużej wysokości. Często może skończyć się obrzękiem płuc i  nieznośnym bólem głowy. Ale prócz objawów wymiotnych po jedzeniu i bólu głowy, który rozrywał mi czapkę to nic innego mi się nie działo.

Rano pogoda była łaskawa. Słońce pokazało się w całej okazałości ale wiatr pokazywał swoją siłę. Wygrzebałem się na zewnątrz, a podmuchy pchały mnie z dość dużą siłą. Myśl o kawie była silniejsza więc, zaraz zacząłem topić śnieg. Przywitałem się z czwórką Rosjan, którzy spali kawałek powyżej. Jeden z nich miał odmrożoną twarz i był mocno nasmarowany białą maścią. Wyglądał okropnie. Nie tylko twarz ale i ubiór w tym miejscu pozostawiał wiele do życzenia. Kurtka i buty rokowały mu dalsze odmrożenia. Zauważyłem w jego rękach drewniany czekan, który mógłby dużo powiedzieć. Porozmawialiśmy dość dużo na temat warunków panujących na Kaukazie i aktualnej pogodzie. Miał dużo do powiedzenia i znał temat dobrze. To nie pierwszy pobyt tutaj, jak i w innych kaukazkich regionach.

Po kawie i skromnym śniadaniu w postaci batona postanowiłem w ramach aklimatyzacji podejść do przełęczy na wysokość 5000m. Podejście tak wysoko i powrót do bazy to dobry sposób na dobrą aklimatyzację. Chciałem zapoznać się z terenem podchodząc wzdłóż Skał Pastuchowa. Martwił mnie tylko silny wiatr. Widok dominującego Elbrusa zachęcał do takiego podejścia. Olbrzymi masyw dwóch stożków całkowicie był pokryty lodowcem i śniegiem. Niebezpieczeństwo Elbrusa nie polega na trudnym podejściu, ale na zmiennej pogodzie, niskich temperaturach, śnieżycy, dezorientacji, możliwości zamarznięcia przy silnym wietrze, jak i niebezpieczeństwie wpadnięcia do szczeliny, z której praktycznie nie ma wyjścia. Ale wola wyjścia, jak i zadbanie o dobrą aklimatyzację, wzięła górę nad tymi rozważeniami.

Wierzchołki Elbrusa to skutek erupcji wulkanu. Do dnia dzisiejszego w partiach szczytowych następują wyziewy siarki, którą można poczuć. Kratery wypełnione śniegiem i lodem dają początek powstałym ponad dwudziestu lodowcom o powierzchni 144 km kwadratowych. Wyższy szczyt to zachodni wierzchołek sięgający 5642 m n.p.m., gdzie wschodni szczyt wznosi się na wysokości 5621 m n.p.m. Ze szczytu można podziwiać nie tylko panoramę Kaukazu ale i Morze Czarne.

Elbrus po raz pierwszy został zdobyty latem  w roku 1874, wschodni wierzchołek został zdobyty przez A.Gusewa i W.Korzuna 17 stycznia 1934 roku  i 27 stycznia 1935 roku przez A.Gusewa z niemieckim alpinistą. Nazywany jest tutaj „Ash-Gamakho”, co oznacza „Góra przynosząca szczęście”.

Od kilkunastu lat Elbrus jest również uważany za najwyższy szczyt w Europie, gdyż przyjmuje się, że granica między Europą a Azją przebiega główną granią Kaukazu. Zaliczany jest  do „Korony Ziemi” (którą stanowi 7 najwyższych szczytów 7 kontynentów). Wielki Kaukaz ciągnie się 1500 km wzdłuż Głównego Kaukaskiego grzbietu górskiego. Powierzchnia jest większa od powierzchni Alp i wynosi 145000 km kw. Wysokości grzbietów często przekraczają 5000 m n.p.m., a 15 szczytów przekracza wysokość Mont Blanc. Można tam znaleźć tak wspaniałe pięciotysięczniki jak Elbrus, Dychtau, czy Szachra.

Najważniejszą przeszkodą w zdobywaniu Elbrusa jest niezwykle zmienna pogoda. W czesto występujących mgłach bardzo trudno odnaleźć drogę. Trudności potęgują także liczne szczeliny, szybki spadek temperatury do –35 stopni C w połączeniu z silnymi  huraganowymi podmuchami wiatru.

Miałem zakusy na oba wierzchołki i podpierałem się miejscową nazwą Elbrusa, ale zdawałem sobie sprawę, że tu już tylko zadecyduje pogoda. Warunki pogodowe inne w partiach u podnóża, a inne w partiach szczytowych. Wynika to z faktu, że Ash-Gamakho wyrasta ponad otaczające szczyty o prawie dwa tysiące metrów. Śnieżyce i silne wiatry tak szybko pojawiają się, jak i znikają.

Przeznaczyłem cały dzień na podejście do przełęczy i poznanie tych warunków na własnej skórze. Podejście męczące, silny wiatr i wysokość dawała o sobie znać. Podchodziłem w równym tempie robiąc przerwy na wyrównanie oddechu. Zimno mocno dawało o sobie znać. Nie miałem żadnego obciążenia. Mały termos z napojem izotermicznym i aparat. Szanse na zdjęcia były żadne ale liczyłem, że chwilami chmury odsłonią widoki na Kaukaz. Podchodząc do góry nie widziałem nikogo, kto by się jeszcze wyrwał w tym dniu. Nie spotkałem również nikogo kiedy schodziłem. Czułem się trochę nieswojo. Byłem bezpieczny, ale bardzo wymarzłem. Perspektywa ciepłego śpiwora i ciepłego posiłku w dolnej partii Skał Pastuchowa przyśpieszyło tempo. Przywitali mnie w obozie koledzy radzieccy, którzy podali mi ciepły kubek herbaty. Trudno opisać jak smakowała i bałem się tylko, że zmrożone ochraniacze jakie miałem na rękach, przyspieszą jej oziębienie. Padła propozycja, żebym przeniósł się do schronu, który pod moją nieobecność się zwolnił. Opuściła go grupa dwóch osób, które nie wytrzymywała zimna. Byli to Niemcy, którzy po dwóch dniach silnych wiatrów nie wyobrażali sobie  zostać dłużej w takich warunkach. Skorzystałem z tej oferty bo poprawiała warunki bytowe, nie mówiąc o większej przestrzeni. Miałem wrażenie, że przenoszę się do dobrego hotelu. Widoczność zrobiła się zerowa, a wiatr nasilał się coraz bardziej. Chwilami trudno było utrzymać się na nogach kiedy wychodziłem po „wodę w stanie stałym” by zaparzyć coś ciepłego do picia. Wieczór zapowiadał się bardzo mroźny, więc zaprosiłem moich nowych kumpli na herbatę. Wpakowałem się do śpiwora i patrzyłem jak śnieg ledwie topi się w metalowym kubku. A potrzebowałem litr wody na moje przyjęcie. Po półtorej godzinie miałem już herbatkę w termosie i czekałem na moich gości. Leżałem i zastanawiałem się nad dniem jutrzejszym. Jak mogę go dobrze wykorzystać. Ale silny wiatr nie rokował niczego dobrego. Było około dwudziestej pierwszej, kiedy wpadli goście. Zrobiło się bardziej tłoczno, ale nastrój się poprawił. Dwóch z nich to geografowie, odmrożony Rosjanin okazał się Gruzinem i był tam jeszcze wśród nich Ormiańczyk, który uraczył nas długimi rozmowami z ostatniego pobytu na Kamczatce. Ormiańczyk wyjął papierosy i zmęczyliśmy po jednym. Zapalił świeczkę w tych egipskich ciemnościach, ale gasła co chwilę bo wiatr i śnieg wdzierał się cały czas do środka. Rozmowy były długie i ciekawe. Zapominałem chwilami, że marznę. Było czuć jak obniża się temperatura. Ale spokój rozmowy i dowcipkowanie z niektórych sytuacji pozwalał się wyłączyć z tego zimna. Zrobiliśmy sobie po jeszcze jednej herbacie. Luksus każdy po kolei dostawał cały kubek. Wnosiliśmy z Gruzinem raz po raz nową kupkę śniegu do środka. Po dwóch godzinach wszyscy byli po herbatce. Około północy rozstaliśmy się w dobrych humorach. Wpakowałem się do śpiwora i by znów zastanowić się nad jutrzejszym dniem.

Rano wszystkie warianty nie miały szans bytu. Jeszcze silniejszy wiatr, brak jakiejkolwiek widoczności i wygrzebywanie śniegu ze środka, jaki wiatr nawiał przez noc, zwolniło moje tempo do życia. Wiedziałem, że to dzień stracony. Zaplanowałem większe śniadanko i zrobienie większej ilości picia na popołudnie. Wszystko zabrało mi trzy godziny. Przemieszczałem się w obrębie kilku metrów nie chcąc obsunąć się na dół. Liczyłem na poprawę i zacząłem rozważać wariant przeniesienia się do Piriuta, położonego poniżej na wysokości 4200m n.p.m. Cały dzień w piątkę wałęsaliśmy się to tu to tam, albo staliśmy na wietrze oparci o skały prowadząc głośne rozmowy. Śnieg zasypywał twarz i wdzierał się pod okulary. Męczące stawało się wygrzebywanie śniegu z ochraniaczy i okularów, wdzierał się wszędzie, w najmniejsze szczeliny.

Ormianin wziął mnie za rękę i poprowadził kilka metrów na dół. Zaczęliśmy kopać w miejscu, w którym widziałem, że kopał już wcześniej między skałami. Ku mojemu zdziwieniu odkopywaliśmy przedmioty, których bym się nie spodziewał. Gilzy, kule, widelec i łyżeczkę z niemiecką swastyką. Kilka jeszcze innych metalowych przedmiotów których nie oglądaliśmy dokładnie. Wkładaliśmy do kieszeni, żeby wiać się stamtąd jak najszybciej. Pozostałości po drugiej wojnie światowej. Stacjonowały przecież tu wojska niemieckie i toczyły się ciężkie walki pod Elbrusem.

Następny dzień niczym nie różnił się od poprzedniego. Małe wyjścia, godziny spędzone przy topieniu śniegu i rozmowy z różnych wypadów. Samopoczucie nie było lepsze. Odczuwałem bóle i zawroty głowy, chwilowe kłopoty z oddychaniem i cały dzień ogarniała mnie senność. Wykonanie każdej czynności było niesłychanie męczące, wychodzenie nawet po śnieg powodowało zadyszkę oraz kłopoty ze snem, to była prawdziwa zmora wszystkich obecnych. Na wysokości 4200m jest się w pewnym sensie w półśnie, niby się śpi, a jednak słyszy się wszystko, co się dookoła dzieje, rozmowy kolegów, ich wyjścia i wejścia, a wszystko za sprawą zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. Wraz z dłuższym pobytem organizm dostosowuje się poprzez zwiększoną produkcję hemoglobiny. Wiedziałem, że głównym sprawcą był bardzo silny wiatr i zmiana ciśnienia. Popełniłem błąd schodząc w tym dniu do lodowego źródła znajdującego się koło Prijuta. Menażka zdobytej wody była okupiona ciężkim zejściem i wejściem. Zdobycie tego jednego litra wody zapłaciłem przemoczoną w wodzie rękawiczką. Wszystko zajęło mi trzy godziny czasu i suszeniem rękawicy nad gazem. Wszystko to doprowadziło mnie do lekkiego kryzysu. Skończyła się puszka z gazem. Przemarzanie dzisiaj narastało i wiedziałem, że jutro muszę podjąć decyzję. Szykowała się trudna zimna noc, a i tak już nic nie mogłem zrobić. Pora była już późna.

Dalsze domarzanie nie miało sensu. Podchodziłem od rana do wszystkiego ze spokojem. Wiatr się wiele nie zmienił i dalej swoimi porywami dawał znać. Było wcześnie, około piątej, więc postanowiłem wypić kawę i zacząć pakowanie. Rano odwiedzili mnie koledzy Rosjanie i powiedzieli, że się pakują. Zabrakło im już wszelkich maści i proszków przeciwbólowych. Muszą zejść na dół i uzupełnić zapasy. Podzieliłem się maścią i proszkami. Dałem im kilka ciepłych zupek, żeby zjedli przed zejściem. Psychika im się lekko podłamała, ale byli już tutaj 11 dni. Spakowany zacząłem schodzić w dół do Pirjuta. Chwilami się przejaśniało i pokazywała się Uszba. Tubylcy mówią, że jak widać Uszbę, to będzie poprawa. Wiedziałem tylko tyle, że jak chcę zaatakować Elbrus, muszę przeczekać w cieplejszych warunkach. Nie byłem zaskoczony, że w Pirjucie jest tyle osób. Warunki pogodowe wszystkich wrzucały do jedynego bezpiecznego miejsca, jakim był Pirjut. Po dłuższej chwili znalazło się miejsce. Spokojnie mogłem już zrobić większy obiad. W sumie były to dwa gorące kubki. Napakowałem w czajnik śniegu i spokojnie czekałem na herbatkę. Była ekipa czeska w ilości pięciu osób, Szwed, który dzień wcześniej przyszedł do mnie i chciał przyłączyć się do wspólnego wejścia oraz kilku Rosjan. Przemiły Anglik polskiego pochodzenia, nauczyciel, który przyjechał z pięcioma chłopakami. Po południu wpadła zaśnieżona po uszy ekipa z Iranu. Silna grupa męsko-damska, ubrana i wyposażona w najlepsze rzeczy. Patrząc na nich można było odnieść wrażenie, że przegląda się katalog dobrej firmy alpinistycznej. Przez trzy godziny jedli dużo i ciepło, potem zeszli na dół.

Wieczór upłynął szybko. Grałem z Czechami w zgadywankę bajkową. Oni wyliczali polskie bajki, ja natomiast wyliczałem bajki czeskie. Wieczorem kiedy kilka razy się przejaśniło, wszyscy wychodzili na zewnątrz i zaczęły się obrady na temat nocnego wyjścia. Wiele argumentów było za i przeciw. Większość jednak postanowiła wyjść o drugiej w nocy. Czułem się lepiej, nie miałem żadnych odruchów wymiotnych. Głowa mniej mnie bolała i postanowiłem spróbować. Żadnego obciążenia. Przygotowałem wszystkie potrzebne rzeczy jak czołówkę, raki, czekan, kijki, ochraniacze i parę drobiazgów.

Wstałem o pierwszej w nocy. Szybka herbata i przygotowanie kosmetyczne. Wszyscy się kręcili i było duże zamieszanie. Czesi namawiali żeby stworzyć jedną grupę dla bezpieczeństwa. Nie uznałem, że to dobry pomysł, ponieważ za duża grupa stwarza różne niebezpieczeństwa, ale i może zwolnić tempo. Kilka osób przystało na propozycję przekonanych faktem posiadania GPS. Widoczność nie była dobra i chyba był to jedyny argument. Zostało kilka osób włącznie z Anglikiem, który nie chciał ryzykować. Ruszyłem kilka minut po „silnej” grupie. Widziałem ich przed sobą, a właściwie kilka świecących czasem czołówek. Jednak zbliżałem się do nich szybko i po  godzinie widziałem ich już z góry. Głęboki śnieg i duży wiatr nadawał równe tempo. Odpoczywałem regularnie i nie robiłem żadnej dłuższej przerwy. Uważałem, że jest to najlepsza taktyka. Liczyłem się z powrotem, ale wiedziałem, że taka decyzja powstanie dopiero na przełęczy na wysokości 5100 m. W górnej partii Skał Pastuchowa nie widziałem już w dole żadnych czołówek. Zastanawiałem się czy moje tempo, czy też mroźny wiatr spowodował, że byłem sam.

Analizowałem sytuację. Pierwszą część drogi od Piriuta, z wysokości 4200m w górę do Skał Pastuchowa, na wysokość 4800m, miałem już za sobą. Byłem na Przełęczy na wysokości około 5200m i miałem za sobą dość trudne podejście, najtrudniejszy odcinek tuż za Skałami Pastuchowa, gdzie nachylenie jest duże. A przede mną jeszcze rozpoczynający się trawers okrążający wschodni wierzchołek. Wpływ wysokości mocno był odczuwalny, kłopoty spowodowane zmniejszeniem ilości tlenu w powietrzu i ogólnie wysokością.

Tutaj na 5000 m n.p.m. ciśnienie spada do połowy swojej wartości na wysokości morza (0.5 atmosfery). Powietrze jest bardzo wilgotne. Jest to wpływ nieodległego Morza Czarnego. Oddycham coraz trudniej. Chwilami dech mi zapiera, muszę go długo regulować, a to nie sprzyja skupieniu. Powtarzam sobie: analizuj logicznie. Nie popełnij błędu. Tu za błąd płaci się życiem. Ale w podświadomości powtarzają mi się słowa. Najgorsza tutaj jest dezorientacja. To właśnie tutaj nie jeden zapłacił najwyższą cenę. Cenę życia. Myśli mi się kłębią i mieszają. Staram się wybić z jakiegokolwiek myślenia, ale jest to niemożliwe. Analizuj następny krok. Przeanalizuj przejście i sprawdź wskazania. Wierzchołki pozostają wciąż zasłonięte.

Dalsza droga jest zaznaczona czerwonymi kolorami wstążek, które pozwalają uniknąć bliskiego kontaktu ze szczelinami. Dalsze stanie w miejscu nie ma sensu. Postanawiam wejść jeszcze wyżej, aż warunki nie pozwolą na dalsze przejście. Wtedy nastąpi odwrót. Ruszam. Trawersując wschodnie zbocze góry przeżywam poważny kryzys. Robię 10-15 kroków. Ogromne nachylenie stoku, musze długo odpoczywać, ciężko oddycham.. Mam wrażenie, że jestem blisko utraty świadomości, muszę  się ruszać, by nie popaść w otępienie. Idę dalej. Długa męcząca droga, która sprawia wrażenie, że nie ma końca. Nie wiem ile czasu upływa. W czołówce widzę tylko chwilami śnieg. Wycieram okulary z szybkością wycieraczek samochodowych. Silny wiatr i zimno załamuje mnie. Trwa to od godziny albo dwóch, nie wiem sam, co jakiś czas robię tylko po parę kroków. Oznaki dużej senności tylko upewniają mnie o odwrocie. Teren się wypłaszcza, ale myśl o odwrocie jest pewna. Wiem, że to jeszcze jakieś dwieście metrów. Tam już powinien być koniec.

Myś,l że to tak blisko nie pozwala mi się skupić. Stoję na chwiejnych kolanach, w półśnie i łapię się na tych faktach. Śpisz, tylko nie usiądź, bo zamarzniesz, nie oddychaj głęboko… bełkoczę do siebie w  myśli. Ale myśl, że dotarłem aż tutaj jest jeszcze gorsza.

Myśl o odwrocie mnie przeraża. Czuję jak powietrze jest rozrzedzone. Ciśnienie niskie, może 500hPa. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Oddech ciężki. Sprawdzam wskazania kompasu. Okazuje się, że tylko on jeszcze się rozczytuje. Może dlatego, że jest w grubej kieszeni. Zegarek nic już nie pokazuje. Ani ciśnienia, ani wysokości, ani godziny. Nielogiczna myśl pociąga mnie dalej. Tłumaczę sobie, że jeszcze tylko kilka kroków. Jeszcze tylko kilka kroków i dość. Jeszcze kilka kroków i odwrót. I tak się dzieje bez końca. Ale to jest naprawdę tylko kilka kroków. Czasem cztery, czasem dwa, a oddychanie zaczyna bardzo boleć…

Stałem i kiwałem się na nogach. Nie mogłem sam przekonać siebie czy to następna mara w chwilowej drzemce, czy rzeczywistość. Migotało mi przed oczami światełko. Po chwili wiedziałem, że to dzieje się na prawdę. Po kilku krokach zobaczyłem siedzącą kolorowo ubraną postać. Skulona, zawiana z boku śniegiem. Klęknąłem przed nią i zacząłem strzepywać z niej śnieg. Kilka szybkich ruchów po ramionach i plecach doprowadza mnie do bezdechu. Błąd. Nie mogę oddychać. Radość i zaskoczenie ze spotkania drugiej osoby wywołała dodatkową energię, za którą teraz płacę. Powtarzam sobie: równo, spokojnie i tak w koło. Bolesne doświadczenie. Ponownie pomału dotykam pleców i podnoszę ręce siedzącemu. Przesuwam się na kolanach za plecy i obejmuję. Wkładam ręce pod pachy i ruszam się na boki, do przodu i do tyłu. Spokojnie, ale by jak najwięcej rozruszać siedzącego. Przyciskam go do siebie, moje dłonie zaczynają krążyć po jego klatce piersiowej. Oho, nie dobrze – pomyślałem. To kobieta. Złe myśli przeszły mi po głowie. Jest osłabiona, nie wiem ile czasu siedzi w tej pozycji, nie mam picia. Ponownie przesuwam się przed nią i świecę czołówką na jej twarz. Ma oczy otwarte. Coś mamrocze po angielsku. Obejmuję ją ponownie ale czuję jak jej ręka odpycha moją twarz. Przekładam głowę z drugiej strony, ale to się powtarza. Pomyślałem sobie: Kobieto, to nie zaloty.

Stuka mnie dłonią w twarz dwa, może trzy razy. Pomyślałem jest dobrze. Może się zdenerwuje, to się bardziej ożywi. Mam wrażenie że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Staram się panować nad sobą. Ciągle pamiętam o swoim oddechu. Jej dłoń pcha mnie za brodę. Odchylam się, ale ona to robi po raz drugi i trzeci. Kiedy obróciłem głowę na bok, zobaczyłem w świetle czołówki żółto- czerwoną plamę. Przesunąłem się na kolanach i zamarłem. Leżąca postać w śniegu załamała mnie kompletnie. Czułem przez chwilę jak ciepło przelatuje przeze mnie. Pomyślałem: to już koniec.

Sytuacja wydała mi się beznadziejna. Odgarniałem spokojnie z niej śnieg i podnosiłem głowę. Nie byłem stanie podnieść ją za pierwszym razem do pozycji siedzącej. Ciągle bałem się wpaść w bezdech. Nie przejawiała żadnych oznak pomocy z jej strony. Zaskoczył mnie fakt, że nie miała na twarzy kominiarki i ochraniaczy na rękach. Obejrzałem jak była ubrana. Oznaka braku tych dwóch rzeczy nie dawała mi spokoju. Dobre ciuchy i buty i taki błąd. Wróciłem do pierwszej dziewczyny. Pomyślałem, że tylko oboje możemy coś zrobić. Dobre oznaki. Dziewczyna klęczy na kolanach, pochyla się i prostuje. Nie mogłem powstrzymać mojej radości. Klęknąłem i objąłem ją ponownie. Położyła ręce na moich ramionach i kiwaliśmy się na boki. Wziąłem ją pod pachy i podciągałem ją do góry. Dawałem znać, żeby spróbowała się podnieść. Nie byłem w stanie sam tego zrobić. Obróciła się bokiem podpierając na dłoniach, wyprostowała nogę. Wstałem i podnosiłem ją za rękę. Po chwili wykonując różne pozy, stała na nogach. Obejmowałem ją, żeby okazać jej moją radość. Wiało strasznie, więc przyjęliśmy pozycje „schron” obejmując rękoma nasze głowy. Kręciliśmy się na boki, przyciągaliśmy się i odpychaliśmy. Dziewczyna mogła w ten sposób rozruszać się.

Przetarłem ochraniaczami jej okulary i strzepywałem z jej kominiarki zamarznięte grudy śniegu. Jej czołówka słabo świeciła i widziałem jak nerwowo się rozgląda. Wziąłem ją pod rękę i podeszliśmy do jej partnerki. Byłem przekonany, że ona żyje. Nie wiem dlaczego, ale nie dopuszczałem innej myśli. Z drugiej strony podświadomość podpowiadała mi, że jej śmierć zwiększała nasze szanse. Była we śnie i na pewno wysokość odgrywała tu dużą rolę i miała wpływ na stan, w jakim się znalazła. Brak tlenu miał tu decydujący wpływ ale osłabienie fizyczne i zła aklimatyzacja robiła swoje. Podnosiliśmy ją do pozycji siedzącej. Nie było to łatwe. Oboje wzajemnie pilnowaliśmy się, by wysiłek nas nie pokonał. Musieliśmy ją przywrócić do świadomego stanu, lub zostawić. Chociaż ta opcja nie wydawała mi się do zrealizowania. Zdjąłem ochraniacze puchowe z rąk i zaczęliśmy ją ubierać. Zdjąłem czapkę, pod którą miałem kominiarkę. Dziewczyna szybko założyła mi czapkę i zacisnęła mocno kaptur od kurtki. Kiedy to skończyła uderzyła mnie mocno dłonią w twarz. Rozumiałem to w dwojaki sposób. Albo za to, że to zrobiłem, albo za to, że to właśnie zrobiłem. Klęczeliśmy z obu stron, trzymając ją w środku. Ręce jej zwisały swobodnie. Ogrzewaliśmy ją i rozcieraliśmy rękoma. Sytuacja wydała mi się beznadziejna. Dziewczyna wstała i zaczęła chodzić w miejscu. Klęczałem dalej trzymając jej partnerkę opartą o mnie plecami. Widok ten dawał pewien optymizm, ale w rękach czułem beznadziejność.

Nie dopuszczałem myśli, że nie spróbujemy żadnej akcji związanej z zejściem. Miałem świadomość, że pozostanie tutaj bez namiotów i wyposażenia było niemożliwe. Równało się to z pewną śmiercią. Ale czy damy radę. Kiwałem się na boki i chyba zapadałem w chwilową drzemkę. Kiedy się na tym łapałem ogarniał mnie strach. Walka ze snem jest chyba najbardziej bolesnym doświadczeniem, jakiego doznałem w życiu. Kiwałem się i patrzyłem. Nic nie mogłem zrobić, tylko patrzeć, jak dziewczyna chodzi i nabiera sił.

Silny wiatr nie pomagał w myśleniu. Podświadomie źle wróżył. Mówiłem w myślach: „Obudź się”, „Wstań, czeka na dole ciepłe piwo”, „Wstań, bo dokopię Ci do dupy” i tak bez końca kiwały mi się myśli, jak kiwaliśmy się oboje. Beznadzieja trwała jak film w zwolnionym tempie. Wiedziałem już na pewno, że twarz i ręce mam odmrożone.

Dziewczyna znikła na chwilę i stanęła na wprost nas. Trzymała w ręku czekan i jeden kijek. Podała mi kijek i zaczęła brać partnerkę pod pachę. Wstałem i wziąłem ją pod drugą pachę. Zrobiliśmy kilka kroków ciągnąc ją za sobą. Przystawaliśmy i kontynuowaliśmy schodzenie. Obniżenie i potem pod górę. Kilka kroków, kładliśmy ją na śniegu i dychaliśmy. Chyba oboje baliśmy się wpadnięcia w pułapkę bezdechu. Chwilami w czasie postoju co kilkanaście metrów, zapadaliśmy w drzemkę w skutek ogólnego wyczerpania. Jednak myśl, że nie damy sobie rady, przychodziła coraz częściej. Dolna partia zejścia stanowiła zbyt duże ryzyko. Bałem się o szczeliny lodowe i zejścia z ustalonego szlaku, które mogłoby skończyć się tragicznie. Trzymała mnie jeszcze myśl, że poruszamy się w dobrym kierunku. Nie miałem gwarancji, ale często w czasie postoju, rozświetlał się kompas na zielono. Moja znaleziona w śniegu partnerka sprawdzała dość często naszą pozycję i to dawało nadzieję. Bałem się o baterie, czołówki były na wykończeniu, ale brak zasilania kompasu oznaczałby tragedię. Dezorientacja w tym terenie to pewne zamarznięcie. Mój kompas grzał się w kieszeni i stanowił rezerwę w postaci ostatniej deski ratunku. W czasie kolejnych przerw dziewczyna obejmowała mnie rękoma i przyjmowaliśmy pozycję „schronu”. Łapała mnie zmrożoną rękawicą za nos i szybkim ruchem łamała go w obie strony. Bolało jak cholera ale wręcz polubiłem tę czynność, ponieważ poprawiało to moje oddychanie. Problem miałem z okularami, które były zabite od środka śniegiem. Boczne ochraniacze były zamarznięte i nie miałem możliwości ich oczyszczenia. Przekonałem się o tym jak chciałem zdjąć okulary, co było całkowicie niemożliwe, ponieważ przymarzły mi do brwi. Do bicia zmrożonym śniegiem  po twarzy trochę się przyzwyczaiłem, ponieważ potrafiłem wyłączyć się z tej dolegliwości psychicznie. Staliśmy w objęciu i myśli czarne latały po naszych głowach, nasze zmęczenie brało górę. Myśl, że schodzimy w takich warunkach z „Dachu Europy” uświadamiała mi tylko trudności i wysokość do pokonania. Byliśmy przecież 800m powyżej Mont Blanca. Takie myśli potęgowały tylko niepokój. Wiedziałem, że jedynym ratunkiem dla „zdechlaka” jest szybkie wytracenie wysokości. Mieliśmy od mrozu opuchnięte twarze, byliśmy mocno odwodnieni, niedotlenieni i mieliśmy odmrożone palce. Zejście na niższą wysokość dawała szanse odzyskania sił, jak i przywrócenie świadomości naszej „niefortunnej alpinistce”.

Staliśmy w splocie ramion z opuszczonymi głowami. Dziewczyna zaczęła pokazywać mi dłonią jakieś znaki. Nie wiedziałem o co jej chodzi. Obracała dłoń i pokazywała potem na dół. Zrozumiałem, że mamy iść dalej, ale kiedy się ruszyłem, ona trzymała mnie jedną ręką za ramię, a drugą pokazywała moje nogi. Stanęła nogą na mojego buta i pokazała ręką na dół. Zrozumiałem, że mam tu stać. Oddaliła się i wróciła po kilku minutach. Zabraliśmy dziewczynę i przeszliśmy kilka metrów. Doszliśmy do jakiejś krawędzi i zatrzymaliśmy się. Wiedziałem, że chyba odeszliśmy trochę od prawidłowego zejścia. Przeszła kilka kroków i klęknęła. Ja podciągnąłem ten kawałek nieprzytomna dziewczynę za rękę. Moja współtowarzyszka wzięła ręką mojego buta i pokazała mi jak postawić nogę. To była mała szczelina, ale mogła nam uprzykrzyć życie. Stanąłem szeroko i przeciągałem dziewczynę. Ona trzymała jej nogi i kiedy odszedłem dwa kroki przeciągnęła się za nami. Wiedziałem, że zaczną się schody. Mijaliśmy kilka różnych szczelin w różnych technikach. Objęła rolę prowadzącego, ponieważ widziała, że ciężar jaki miałem na swoim koncie, wyczerpywał mnie w zastraszającym tempie. Dalsza droga wyczerpała nas wszystkich. Oznaczała czekanem szczelinki i stosowaliśmy wszystkie możliwe techniki przechodzenia jak i przekładania naszego słodkiego ciężaru. Chwilami zdawało mi się, że transportujemy trupa i dalsze jej ciąganie, przekładanie, turlanie, obracanie, nie ma sensu. Ale nie wyobrażałem sobie pozostawienie jej po drodze. Przerażające zimno, ból głowy, to wszystko wybijało mnie z logicznego myślenia. Przemieszczaliśmy się już w sposób mechaniczny. Tylko kontrola kierunku trzymała nas przy życiu. Czułem jaka masa czasu mijała i widziałem jak mało drogi pokonujemy. Musieliśmy zrobić dłuższą przerwę. Ciągnięcie jej za ręce po wypłaszczonym odcinku doprowadziło mnie do duszenia. Nie panowałem nad oddechem. Byłem przerażony, nie mogłem uspokoić rytmu oddychania. Stałem i sapałem z wytrzeszczonymi oczami. Patrzyła się na mnie trzymając głowę dziewczyny na kolanach. Trwało to dłuższą chwilę. Wstała i założyła ręce na moje ramiona. Znowu staliśmy po raz setny w tej pozycji, spuszczone głowy, a ona pokazywała ręką w jakim tempie mam oddychać. Chciała mnie uspokoić. Złapała mnie znienacka znowu za nos i zaczęła go łamać. Czułem jak łamie się lód i myślałem, że ją uduszę za tą rozkosz. Cieszyłem, że dba o mnie i nienawidziłem ją za tę troskę.

Posuwaliśmy się dalej, osłupiałem jak zobaczyłem nagle tyczkę z zawiązaną wstążką. Ostrzeżenie przed szczeliną i zarazem znak, że posuwamy się w dobrym kierunku. Wiedziałem już orientacyjnie na jakiej wysokości jesteśmy i ten widok wywołał u nas dużą radość. Objęła mnie tym razem za szyję i przytuliła twarz. Najbardziej lodowaty całusek jaki mi się trafił w życiu. Bryła zamarzniętego lodu na kominiarce sprawiła mi przyjemność. Oznaczało to, że jesteśmy gdzieś na pięciu tysiącach metrów. Radość była wielka, ściskaliśmy się długo i słyszałem jak wykrzykuje jakieś słowa. Czułem się tak, jakbym znał ją dłuższy czas i jakbyśmy już nie jedno przeszli razem… Ale prawda była taka, że trzymałem w ramionach dziewczynę, której kompletnie nie znałem, nie widziałem nigdy jej twarzy i nie wiedziałem nawet ile miała lat. Ale ta tyczka wyzwoliła w nas radość i wiarę w powrót. Położyliśmy się na naszej dziewczynie i ściskaliśmy ją z każdej strony. Martwiła mnie tylko jej sytuacja.

Teraz tylko dobry kurs z przełęczy do Skał Pastuchowa – pomyślałem. Wiedziałem jednak, że droga z tyczkami to droga, na której będą szczeliny. Zmienialiśmy często taktykę transportu dziewczyny i posuwaliśmy się w tempie żółwia. Minęliśmy kilka szczelin, ale one nam nie zagrażały. Były widoczne z dwóch, czterech metrów. Przed przejściem szczelin moja towarzyszka sprawdzała je kijkiem. Miejscami wiatr odsłaniał widoczność na kilka metrów. Poprawiało to nam nasz stan psychiczny. Na kolejnym odpoczynku schyliłem się do leżącej dziewczyny i wytrzepałem z niej śnieg. Miała twarz ciągle zasypaną. Zdjąłem gogle i zobaczyłem jak ma otwarte oczy i rusza nimi na boki. Dobre oznaki. Wraca jej chyba świadomość. Wiedziałem, że jedynym dla niej ratunkiem jest dalsza zmiana wysokości. Jak najszybciej ściągnąć ją na dół. Machnąłem ręką na dziewczynę i pokazałem jej poprawę. Schyliła się nad nią, odchyliła kaptur i zaczęła do niej mówić. Zastanawiałem się jak ona wytrzyma jeszcze trzy cztery godziny. Tyle potrzebowaliśmy, żeby dojść do Pirjuta, ale najgorsze miała już za sobą. Tak sobie wmawiałem, że teraz będzie lżej, lecz nie była to prawda. Chociaż schodząc na dół wzdłuż Skał Pastuchowa na pewno mieliśmy lepszą pozycję. Nie ulega wątpliwości, że wiatr był słabszy i nie mieliśmy tak dużych podmuchów, który kładły nas na kolana. Nie mieliśmy już siły na tyle, żeby schodzić w równomiernym tempie. Dalsze zejście to kilka kroków, kilka podciągnięć dziewczyny i postój. Sapanie, sapanie i wyrównywanie oddechu. Całe nasze schodzenie ograniczyło się do sprawdzania kierunku, dźwigania i walki z oddechem. Ciężkie, powtarzające się sytuacje co kilka minut, trwające całymi godzinami. Kopałem tylko od czasu do czasu kolanem kucającą dziewczynę, która zaraz zasypiała. Czasem dawałem jej fory na kilka oddechów więcej, żeby mogła złapać minutę snu więcej. Ja nigdy nie kucnąłem, kiedy kucała ona. Groziło to nam zaśnięciem i zamarznięciem. Opracowałem taką technikę, że kiedy ona kuca ja stoję na jednej nodze, podpierając się tylko drugą nogą. Nie podpierałem się kijkiem, ręce musiałem mieć swobodne. Dawałem sobie szansę, że jak usnę stojąc, to muszę przyłożyć ciałem jak będę upadał, była to zawsze jakaś szansa na obudzenie się. Ale wielokrotnie drzemałem w czasie przerwy i wybudzałem się jak załamywały mi się kolana. Potworny strach towarzyszy człowiekowi właśnie w takiej chwili, kiedy uświadamia sobie co się dzieje.

Chwilami pokazywały się odkryte czarne Skały Pastuchowa. Nie wiedziałem na jakiej wysokości jesteśmy. Nie martwiłem się już tyle o drogę, co o nasz stan fizyczny, bo miałem świadomość, że schodzimy w dobrym kierunku. Byliśmy już wyczerpani do granic możliwości. Przystanki były co trzy, cztery minuty, a czasem po pięciu krokach. Czasem zwalniałem dziewczynę z dźwigania i robiła kilka kroków przede mną. Trzymałem wtedy „nasz słodki ciężar” za nogi i ciągnąłem ją za sobą. Muszę powiedzieć, że dość dużo drogi zjechała w ten sposób na plecach.

Nie wiedziałem o co chodzi, gdy nagle zobaczyłem jak się zatrzymała i zaczęła podnosić ręce do góry. Stała i cały czas podnosiła ręce. Pomyślałem, że zmęczy się za bardzo i będę miał następny problem. Ale przez zasypane szkła zobaczyłem światło. Pomyślałem, że nie może to być Piriut, lecz musi być ekipa ratunkowa, chociaż w taką pogodę nikt nie wychodzi. Stałem i przecierałem szkła okularów, przez które i tak patrzyłem szparami, jakie mi się udawało wyskrobać. Ale światło zbliżało się i było coraz większe. Po minucie wiedziałem, że to jest ratrak. Kilka chwil później już go słyszałem. Nie mogłem uwierzyć, że to koniec. Kiedy ratrak się zatrzymał wyskoczyło dwóch mężczyzn i nie zastanawiając się ani chwili podnieśli dziewczynę i położyli ją na podłodze ratraka. Patrzyłem jak podnoszą ją i nie wiedziałem kiedy podeszła moja partnerka do mnie, ale czułem jak mnie objęła. Stałem jak słup i myślałem jaką cenę zapłaciła za ten szczyt, „Górę Przynoszącą Szczęście”.

garabashi point, garabashi point, garabashi point, garabashi point  wykrzykiwał mężczyzna, który stał przede mną. Słyszałem, ale nie odpowiadałem. Patrzyłem na niego jak krzyczy i ze stoickim spokojem patrzyłem na niego. Nie mogłem jeszcze w to wszystko uwierzyć. Podszedł drugi i zaczął ciągnąć mnie za rękę w stronę ratraka.

Pirjut, Pirjut krzyknąłem ponownie. Obrócił się do drugiego mężczyzny i zaczęli rozmawiać. Ten drugi podszedł i obrócił mnie w prawo. Złapał za linkę i wyciągnął z kieszeni kompas. Włączył i pokazał mi wskazania. Ok, ok, ok – powtarzał. Kiwnąłem głową. Dziewczyna stała i obejmowała moją rękę, oni złapali ja za drugą i zaczęli ciągnąć w stronę ratraka. Jeden z nich stanął i wciągnął ją na podłogę. Ratrak zawinął w miejscu i odjechał.

Stałem i nie docierało wszystko do mnie. Kilka minut i taka zmiana sytuacji. Coś się rozleciało, pustka. Nie wiem jak to określić. Czułem, że jestem sam, ale zadowolony z całej sytuacji.. Jedna myśl tylko krążyła mi po głowie: Jak dziewczyna z tego wyjdzie. Tylko teraz sobie nie usiądź – pomyślałem. Kilka pierwszych kroków było ciężkich. Odpoczynek i dalej to samo. Monotonia kilku kroków. Byłem tak zamyślony, że nie wiem kiedy obok mnie zobaczyłem wykopany dół do lodowego źródełka. Ucieszył mnie ten widok. Przecież to to miejsce, gdzie dwa dni temu czekanem rozbijałem taflę grubego lodu, żeby dostać się do wody. To tutaj zamoczyłem rękawice wyciągając lód. Pirjut już jest pod nosem. Stałem chwilę i patrzyłem przed siebie. Jeszcze tylko jedno obniżenie i jestem na miejscu. Po kilku minutach widziałem już schronisko. Fragmenty wyłaniające się z mgły.

Otworzyłem drzwi i zobaczyłem osłupiałe twarze. Rosjanin podszedł do mnie i posadził mnie na ławie. Czułem się tak jakbym miał dwieście lat. Drugi, małego wzrostu, Rosjanin zaczął tłuc mnie dłonią po butach i ściągać raki, rozpiął kurtkę i wygrzebywał ze mnie śnieg. Problem był z okularami. Były przymarznięte do brwi. Rozkruszał palcami kawałki zamarzniętego śniegu. Wszystko spokojnie jakby w zwolnionym filmie bez żadnych pytań. Szeryf Pirjuta podał mi kubek z ciepłą herbatą. Która godzina? – zapytałem. Rosjanin popatrzył na zegarek ale nie odpowiedział. Powtórzyłem pytanie. Dziesiąta dwadzieścia. Zacząłem liczyć czas od wyjścia, ale źle mi to wychodziło. Ciepło jakie do mnie dochodziło nie pozwoliło mi się skupić. Podszedł Anglik i usiadł przy mnie. Miał butelkę whisky i nalał do zakrętki. Wypij za to, że wróciłeś. Zaraz dostaniesz herbatę. Widok moich rąk trochę mnie przeraził. Miałem przezroczyste palce. Ktoś postawił miskę z ciepłym jedzeniem. Chciałem tylko pić. Wypijałem kubek za kubkiem nie myśląc o jedzeniu. Czułem jak dochodzę do siebie. Wszyscy s? – zapytałem Anglika. My nie wychodziliśmy, ale ci co wyszli, w nocy wrócili – odpowiedział. Kilka osób doszło do przełęczy i zawrócili. Uspokoiła mnie taka wiadomość. Im bardziej się rozgrzewałem, tym bardziej czułem się bezpiecznie. Nawet złapałem się na kilka łyżek jakiejś papki.. Musisz się położyć. Zaraz do ciebie przyjdę. Młodzik z jego ekipy zdjął mi spodnie i pomógł wleźć do śpiwora. Anglik narzucił na mnie kilka kocy i nie wiedziałem kiedy usnąłem.

Przebudzałem się kilkakrotnie. Widziałem jak Rosjanin naciera mi ręce maścią. Budziłem się jak wsadzał mi ręce do menażki z gorącą wodą i wyciągał do śniegu, który leżał z boku. Chce mi się sikać. Zaśmiał się i powiedział, że nigdzie nie pójdę. Przyniósł mi biały bidon i wsadził do śpiwora. Tylko się nie obsikaj, bo nie będziesz miał w czym spać. Położyłem się na bok i nie mogłem sobie poradzić. Czułem ból który dobrze zwiastował. Na pewno nikogo nie widziałeś? – zapytał. Nie wiedziałem o co chodzi. Kogo? – zapytałem. Pamiętasz rozmowę? Byłem całkiem zdezorientowany. Byli ratownicy o drugiej w nocy i pytali Ci się czy nie spotkałeś jakiegoś człowieka. Zagubił się koło Skał Pastuchowa. Wyszedł z beczek i nie wrócił. Nie pamiętałem tej rozmowy z ratownikami. Pomyślałem, że może to ten Szwed, który chciał ze mną wyjść. Ale pamiętam, że zszedł na dół. Widziałem jeszcze jego twarz jak coś do mnie mówi, ale tak naprawdę to już spałem i nic do mnie nie docierało.

Kiedy się obudziłem Rosjanin siedział przy mnie i masował mi ręce. Czułem jakiś ruch i widziałem jak pakują się dwie osoby. Musisz wstać i coś zjeść. Ja idę spać – powiedział Rosjanin. Znowu przysnąłem. Kiedy się obudziłem, wygrzebałem się i usiadłem za ławą. Sześć osób usiadło koło mnie i patrzyli się tylko. Anglik podszedł i przerwał ciszę. Rano byłem z chłopcami w beczkach. Chciałem, żeby się trochę przeszli. Rozmawiałem z rodakami. Nic nie powiedziałeś o dziewczynach. Wszyscy tam dopytywali się o Ciebie. Dlaczego nic nie powiedziałeś? – wyrzucał mi Anglik. Nic nie mówiłem, faktycznie, lecz docierała do mnie myśl, że widział się z „moimi dziewczynami”. Wszystko w porządku. Całą noc siedział przy nich lekarz. Bardzo odmrożona ale mówi że chciałaby z Tobą się zobaczyć. O jedenastej zwieźli je na dół. Będzie dobrze. O jedenastej. Nie mogłem zaskoczyć która była godzina. A teraz która jest? – zapytałem Anglik popatrzył na zegarek i długo się zastanawiał. Spałeś dziewiętnaście godzin. Zbliża się szósta. Podziękuj mu. Siedział przy tobie do dziesiątej rano. Pokazał na małego faceta siedzącego naprzeciwko mnie. Trzymał ręce na stole i pił herbatę. Widok jego dłoni zaraz mnie rozbudził. Wszystkie palce obcięte do połowy. Masz dobrego masażystę. Wyciągnąłem do niego dłoń, która była cała zawinięta. Złapał mnie za nadgarstek i rozwijał zawiniątka, które mi zrobił. Daj drugą. Patrzyłem na swoje ręce i teraz dopiero mogłem ocenić swoje odmrożenia. Położył tubkę maści i kazał mi się nasmarować. To dobra maść i dobry specjalista. – powiedział szeryf i klepnął Rosjanina w plecy. A teraz pij i powiedz jak wam się udało. Jak długo tu jestem, to nie widziałem, żeby ktoś wrócił w taką pogodę. Takiej nocy nie pamiętam od dwóch lat. Nawet w beczkach była panika i połowa zjechała na dół. Dlaczego nic nie powiedziałeś? Nie wiedziałem co mam mówić. Przecież wszystko skończyło się dobrze. Nic nie mówiłem, bo nie wiedziałem co powiedzieć. Wszystko wiemy, nie musimy do tego wracać. Wszystko mi opowiedzieli na dole – powiedział Anglik. Musisz zejść niżej– powiedział za chwilę Rosjanin. Musisz jeszcze wytracić wysokość. Poprawi ci się krążenie i musisz się ogrzać. Popatrzyłem zdziwiony. Przecież o tej porze to nie możliwe. Nie jestem w stanie zejść i gdzie spędzę noc? Sama myśl spania na powietrzu napawała mnie zgrozą. Rano Cię spakujemy i wynoś się jak najszybciej. Uspokoiło mnie to, co powiedział. Dostałem ciepłe żarcie i poszedłem spać.

Obudziłem się wcześnie rano. Anglik rozpuszczał śnieg na herbatę. Zaraz dostaniesz śniadanie. Siedliśmy za ławą i młodzi chłopcy z jego ekipy postawili przed nami otwarte konserwy rybek w pomidorach. Dostaliśmy herbatę i czekoladę. Napisz do mnie jak się już wygramolisz z tego. Co robisz w Anglii? – zapytałem. Urodziłem się tam i uczę w szkole. Moi rodzice byli Polakami i w domu mówiło się po polsku. W przyszłym roku chcę z chłopcami jechać w Tatry. Przyślij mi sieć schronisk. Chcemy poznać Tatry i chcę zobaczyć Zakopane. Podał mi adres e-mailowy na kartce. Chciałem zapytać o dziewczyny. Ale ten temat nie pozwalał mi na zadanie jakiegoś logicznego pytania. O co miałem zapytać, o wiek czy imiona dziewczyn? To nie miało sensu. Wiedziałem, że otrzymały pomoc i to mi wystarczyło. Przeżyła i to było ważne. Choć wiedziałem, że ciężko za to zapłaci.

Młodzi chłopcy upychali mój plecak. Pakowali jak szło i upychali jak popadnie. Znaleźli jeszcze buty, przywiązali na zewnątrz, dołożyli śpiwór i karimatę. Czekan, czołówka gdzieś znalezione i przyczepione w ostatniej chwili. Plecak wyglądał jak choinka. Rosjanin posmarował mi jeszcze ręce i zabandażował. Założyli mi buty, kurtkę, czapeczkę i zapieli plecak na mnie. Idź spokojnie, jest dużo śniegu i pamiętaj kup na dole tą maść. Objął mnie Rosjanin i odszedł na drugi koniec ławy. Kilku jeszcze poklepało mnie, otworzyli drzwi i wykopali na zewnątrz. Nie było silnego wiatru widoczność była w miarę dobra i zakopując się po kolana ruszyłem na dół.

Schodziłem spokojnie i dotarłem do „beczek”. Było cieplej i lepiej mi się oddychało. Gość zażądał dwieście rubli i rzucił mój plecak na krzesełko wycigągu. Klapnąłem na drugie, i jak poprzednio, patrzyłem czy nie spadnie na dół. Przy kolejce z trudem zdjąłem raki i przyczepiłem do plecaka. Przy wagoniku drugi koleś zażądał sto rubli. Powiedziałem mu, żeby się podzielił z nim ten z góry bo powiedział, że to opłata na dół. Ale do niego nic nie docierało, tylko powtarzał to samo. Sto i pojedziesz. Dostał stówkę i chciałem tylko znaleźć się na dole. Minąłem plac na którym handel i rożna działały w pełnym rozkwicie. Usiadłem pomiędzy kamieniami i patrzyłem na przechodzących ludzi w koszulkach. Patrzyli na mnie jak na jakieś zjawisko, ale wyglądałem tak, jakby mnie ktoś w pełnym zimowym rynsztunku zrzucił prosto na dół. Siedziałem ubrany po szyję i nagrzewałem się w słońcu.

Nawet na myśl mi nie przyszło, żebym się rozebrał. Ale mój widok chyba wywołał litość u jednego Gruzina, który siedział w otwartych drzwiach auta i mi się przyglądał. Podszedł i zapytał się czy może pomóc. Dotarło dopiero do mnie jak wyglądam i powiedziałem, że będę wdzięczny. Ściągaliśmy wszystko, jak szło, i zostałem tylko w bieliźnie przeciwpotowej. Musiałem wyglądać ekstra w tym rozrzuconym dookoła śmietniku. Każdy kto przechodził, tylko się uśmiechał. Gruzin wysypał wszystko z plecaka na ziemię i pytał w co się chcę ubrać. Widok cienkich rzeczy mnie ucieszył. Czułem się lekko. Założyłem koszulkę polo i spodnie do kolan. Gruzin założył mi lekkie trapery i czułem się wspaniałe. Dostałem butelkę mineralnej i nie wiem nawet kiedy ja opróżniłem do końca. Było wspaniale, tylko widok obandażowanych rąk przeszkadzał mi w moim zachwycie. Nie wiedziałem czemu tylko Gruzin pochyla się nisko i przygląda mojej twarzy. Załóż okulary. Tylko tyle powiedział. Odszedł, a ja rozkoszowałem się słońcem. Cały rozsypany śmietnik leżał wokół mnie ale mnie to nie ruszało. Było super i nic do mnie nie docierało. Słońce, słońce i to było najważniejsze w tej chwili.

Drogę powrotną zaplanowałem inaczej niż drogę, którą przyjechałem. Było to możliwe, ponieważ nie musiałem załatwiać już żadnych formalności. Mogłem udać się bezpośrednio do pociągu mijając Mineralne Wody. Powiedziałem do Gruzina, że potrzebuję wynająć auto. Wiedziałem, że zaraz znajdzie się jakiś chętny. Po pół godzinie przyjechał starszy Pan zadbaną, aż do przesady, wołgą z „jelonkiem”. Model z lat pięćdziesiątych. Rozmowa była krótka. Pięćdziesiąt dolarów. W porządku. Nie miałem wyboru. Robiło się pusto, a ja nie miałem ochoty zostać tu na noc.

Wrzucił plecak do bagażnika, otworzył szarmancko drzwi i byłem w środku. Nie wolno otwierać samemu drzwi, nie wolno otwierać samemu szyby, popielniczki i radia. Ale jak będziesz na to wszystko miał ochotę, to powiedz, a ja to wszystko zrobię – oznajmił miły starszy Pan. W porządku, proszę opuścić szybę i otworzyć popielniczkę. Tylko tyle sobie zażyczyłem. Samochód był w takim stanie jak wypuściła go fabryka i to było jego dumą. Ale cieszyłem się, że będę mógł spokojnie obejrzeć Dolinę Waksal i porobić zdjęcia. Jadąc miałem wspaniałego przewodnika. Starszy Pan mieszkał tu całe życie i znał każdy zakamarek i historię tego regionu. Opowiadał fantastycznie o każdym przejechanym kilometrze. Po drodze zatrzymaliśmy się, bo miałem ochotę na zielone jabłko. Sprzedawała je kobieta, która miała dziewięćdziesiąt cztery lata. Kiedy wybrałem jabłka dla siebie i Gruzina, kobieta podała mi jeszcze jedno oświadczając, że to dla mnie, dziwnie mi się przyglądając. Nie wiedziałem, o co chodzi, ale ciepło podziękowałem. Gruzin był zaskoczony znajomością mojego języka radzieckiego. Jabłek nie można było zjeść w aucie, więc staliśmy obok i wcinaliśmy. Tylko z tą różnicą, że ja wbijałem swoje zęby w jabłko, a Gruzin podał mi scyzoryk i musiałem podawać mu po plasterku. Przechodzili ludzie i dziwnie na mnie patrzyli. Irytowało mnie to bardzo i wiedziałem, że coś nie gra. Wpadłem na pewien pomysł, wziąłem aparat i zrobiłem sobie zdjęcie. W aparacie cyfrowym zobaczyłem swoją podobiznę. Lekko się przeląkłem, ale nagle zrozumiałem wszystko. Tak wyglądam ? – zapytałem Gruzina. Nic nie mówił, tylko pokiwał głową.

Jazda była bardzo atrakcyjna. Większość samochodów trąbiła i pozdrawiała ręką starszego Pana. Był tu widać bardzo znany. „Jelonek” jechał z szybkością galopującej świni, oczywiście jak było z górki, i od pobocza do pobocza. Jeszcze nie widziałem jak jadąc chwilami prosto, kierowca musi korygować to, kręcąc kierownicą w lewo i w prawo. Trzeba przyznać, że za te pięćdziesiąt dolców namachał się przez pięć godzin rekordową ilość. Ale dla mnie było ważniejsze to, że mogłem spokojnie wszystko zobaczyć i wysłuchać, co ma do powiedzenia. A trzeba przyznać, że, był na prawdę wspaniałym mówcą. Dojechaliśmy do dworca kolejowego i Pan podziękował mi za jazdę. Wyszedł spokojnie i wyrzucił mój plecak na chodnik. Objął mnie przez chwilę i poklepał po plecach. Pokiwał głową i odjechał. Zawiesiłem mój plecak za paski rękoma przed sobą i polazłem na dworzec.

„Schody” zaczęły się przy kasie, kiedy okazało się, że mam za mało rubli. Pani nie chciała słyszeć o dolarowej dopłacie. Kobiety poradziły mi wziąć taksówkę i powiedziały, że kierowcy taksówek wiedzą gdzie wymienię pieniądze. Pojechałem na jakiś plac za miasto i tam grupka ludzi w ilości około stu osób stała i wymieniała pieniądze. Inteligentny taksówkarz skorygował od razu rachunek i powiedział, że on również nie uznaje dolara. Okazało się znowu przed kasą, że Pani się pomyliła i że zabrakło kilka rubli. Chodziło o jakieś dwa dolary. Prosiłem, błagałem, aż się ujęła za mną cała kolejka. Nie pomagało tłumaczenie, że taksówka kosztowała mnie więcej i nie jestem w stanie dźwigać plecaka. Miałem zabandażowane ręce i wymachiwałem nimi kobiecie przed nosem. Dam Pani pięć dolarów i proszę o bilet. Na te słowa Pani zaciągnęła kotarę w okienku i przez okrągły otwór wystawiła rękę. Bardzo śmieszne zjawisko. Wręczyłem pięć dolców i kotara się rozsunęła. Paszport poproszę i to już było miłe, co usłyszałem. Miałem cały dzień do odjazdu pociągu.

Zapytałem taksówkarza, co mogę zobaczyć i gdzie mogę wpaść do apteki. Koniecznie chciałem kupić maść na odmrożenia. Rosyjska maść jest bardzo dobra i cieszy się uznaniem tych, co stracili palce. Odwiedziliśmy kilka aptek, ale wreszcie ją dostałem. Zadowolony taksówkarz zawiózł mnie do parku i powiedział, że tu miło spędzę czas i będę mógł zjeść. Tam jest dużo „karoke” – powiedział z dumą i wyrzucił mój plecak na chodnik. Znowu dźwigałem mój „śmietnik” przed sobą. Siedziałem koło budki i podjadałem kilka ich specjałów. Wszędzie koło budek było masę bezdomnych, wygłodniałych psów, które skamlały o wszystko. Oddawałem połowę i próbowałem następne dania. Oddałem plecak miłej Pani w dudce pod opiekę i ruszyłem zwiedzić okolicę. Park był duży, ładnie utrzymany z atrakcyjną zielenią. W całym parku różne zabawy, ale wszędzie, co parę kroków była „karaoke”. Muszę powiedzieć, że tak bardzo już dawno się nie uśmiałem. Może nie z głosów, jakie rozbrzmiewały, ile z powagi wykonawców i ich choreografii.

Młody chłopak założył mi plecak na plecy i ruszyłem piechotą na dworzec. Godzinny spacerek dobrze mi zrobił. Tylko spojrzenia i komentarze ludzi były denerwujące. Po dwukrotnej kontroli milicji na dworcu znalazłem się na peronie. Rzuciłem plecak na ziemię i czekałem jak kierowniczka pociągu pozwoli mi wejść do środka. Nie było chętnych do pomocy by wnieść mi plecak, z którym ni jak nie mogłem sobie poradzić z nieużytecznymi zabandażowanymi łapami. Nie było również chętnych do wrzucenia plecaka na górne wolne łóżko. Chciałem się tylko położyć i wyspać. Moje dwie Panie w przedziale nie odpowiedziały nawet na moje przywitanie. Pomyślałem tylko, że kilkadziesiąt godzin jazdy w takim towarzystwie to kara za moje grzechy. Nuda jazdy i milczenie towarzyszących mi Pań tylko wydłużała czas podróży. Korytarz i te zgorszone spojrzenia, łóżko, korytarz, łóżko, komentarze i pokazywanie palcem w moją stronę, i tak bez końca. Myślałem, że to się nigdy nie skończy.

Kolejny etap podróży to wynajęta „łąda taxi” bez taxi. Za dziesięć dolców przejechałem na polską stronę. Na granicy kierowca długo się tłumaczył z tego co wiezie w bagażniku. Ale zdenerwowany po „opłacie celnej” zakończył dyskusję. Ja natomiast stałem i cierpliwie czkałem jak sobie  Pan celnik dobrze mnie poogląda. Raz na mnie, raz na plecak, który musiałem wyrzucić z auta. Przyszedł drugi zrobił to samo i poszeptał koledze do ucha. Celnik łaskawca machnął ręką i pozwolił jechać dalej. Kierowca nie ruszył tyłka zza kierownicy, więc znowu sam szarpałem się z plecakiem, doskonale zrozumiałem mańkutów. Moje ręce były całkowicie nie do użytku.

Na miejscu nie było niespodzianki. Kierowca wyrzucił plecak na chodnik i skasował kasę. Pomyślałem to już ostatni raz jak muszę dźwigać ten plecak przed sobą. W drodze powrotnej miła dziewczyna po geografii opowiadała o swoich marzeniach. Rozmawialiśmy o miejscach, jakie pragnie zobaczyć. Jedyna sympatyczna osoba, która rozmawiała ze mną. Inni patrzyli jak na trędowatego. Siedząca naprzeciwko młoda dziewczyna ważąca około dwustu kilo patrzyła z pogardą. Raz wtrąciła, że jakby była moją żoną, to nauczyłaby mnie siedzieć w domu. Nie śmiałem odpowiedzieć jej na tę uwagę. Zajmując dwa miejsca siedzące, miała absolutną rację. Kto by tylko w myślach chciałby się jej przeciwstawić ?

Ostatnia przesiadka do taksówki. Następny „łaskawca” otworzył bagażnik i czekał patrząc cierpliwie, jak sobie poradzę. Skręcało kierowcę na pytania, ale patrzył tylko we wsteczne lusterko. Wyskoczył pod domem i łaskawie wyrzucił plecak na trawnik. Wniosłem plecak na górę i teraz ja rzuciłem go na podłogę. To już koniec, pomyślałem patrząc na plecak, którym wszyscy rzucali. Teraz muszę zająć się tylko odmrożonymi paluszkami, mając nadzieję, że je ocalę.