Algeciras, w Hiszpanii, na samym południowym krańcu Europy, czekam by przepłynąć na drugą stronę cieśniny gibraltarskiej, do hiszpańskiego jeszcze miasta Ceuta, do Afryki. To tylko kilka minut od kupionego biletu i jestem już na ostatnim odpływającym dzisiaj promie. Nocleg w Ceucie w dość komfortowym hotelu, jeep na parkingu, więc można wziąć szybki prysznic i zwiedzić wieczorem miasto. Ochota na rybę pognała mnie do kilku restauracji. Odpoczynek po kilku dniach gdzie po drodze jeszcze wpadłem na Mulhacena. Wcinam kilka gatunków ryby i popijam winem.

Ceuta jest ładnym miastem i czystym. To terytorium hiszpańskie w Maroku należące do prowincji Kadyks. W większości Hiszpanie, którzy żyją z handlu wolnocłowego i przemytu. Góra Hacho leżąca na tym obszarze jest jednym z tzw. słupów Herkulesa. Kościół pod wezwaniem patronki miasta -Nuestra Senora de Africa z XVII wieku – katedra i ratusz. Na północ od centrum-Plaza de Africa- wznoszą się mury twierdzy portugalskiej z 1530 roku. Muzeum archeologiczne naprzeciwko portu prezentujące dzieła sztuki Maroka. Monte Hacho /203m/-widać stamtąd drugi słup Herkulesa-Gibraltar. Nocne spacery kończą się na wielkiej alei nazwanej imieniem Jana Pawła II, przy której cumują wspaniałe jachty.
Na drugi dzień w południe jestem już na granicy z Marokiem. Według kalendarza Islamu jest rok 1428.
Dziesiątki ludzi okupujących granice. Motocykliści, Hiszpanie z Land Rovera, którzy mają problemy z przekroczeniem granicy, bo coś nie gra w papierach. Poznaje starszego celnika ubranego tradycyjnie. Rozmawiamy o wszystkim a właściwie to on opowiada mi o swojej rodzinie. Ma czworo synów i jest z tego dumny, poucza mnie, co mogę fotografować a czego mi nie wolno, za co mogę być ukarany i za jakie przewinienia na drodze mogę słono zapłacić. Sympatyczny Pan ze spaloną słońcem twarzą kończy swoje wywody i przejeżdżam na drugą stronę. Z tej strony dziesiątki jednakowych samochodów marki mercedes w kolorze niebieskim i wszystkie z czarnym dachem. Wszystkie bliźniacze i dziesiątki kręcących się handlarzy, sprzedawców marihuany i młodych chłopców trudniących się przemytem alkoholu i papierosów. Wyjazd pod górę i następni, następni handlarze, którz machają żeby się zatrzymać.Boczna droga łącząca Tanger jest dość malownicza i bardzo widokowa.
Ciekawy byłem spotkania z Afryką. Nowy kontynent, wysuszona ziemia, gaje palmowe, zielone poletka wśród gór, wyschnięte rzeki, wielkie miasta, w których życie płynie na ulicy, hałaśliwi sprzedawcy, handlarze marihuany, wielbłądy na kamienistych pustyniach-hamady, piaszczyste wydmy na Południe od doliny Dra, południowe pasma Atlasu Wysokiego i Antyatlasu graniczącego z Saharą.To wszystko przyciągnęło mnie tutaj i czułem radość z pobytu przejeżdżając pierwsze kilometry na tej ziemi. Przekraczałem bramę wjazdowa do Afryki oddzielonej czternastoma kilometrami Cieśniny Gibraltarskiej. To był ten dzień, na który tak długo czekałem.

Przejazd przez portowe miasto Tanger, nowoczesne centrum straszy wyglądem europejskiej metropolii. Miasto złodziei i artystów, którzy szukali tutaj inspiracji, hałaśliwe uliczki, na których koczują żebracy, sprzedawcy owoców, wielka kolorystyka ludzi.
Malownicze miasto, Brama Bab Errata, Grand Socho, kolorowy minaret Sidi Bu Abida, jedyny katolicki kościół, w którym znajdują się zadbane groby. Otoczony pięknym ogrodem, w, którym wyrastają krzewy chińskich róż mieniących się w słońcu najdziwniejszymi kolorami.
Parę kilometrów od Tangeru, można zobaczyć Przylądek Spartel z ruinami portugalskiego fortu, słynnej Groty Herkulesa. Chciałoby się zostać kilka dni, ale to tylko miasto, które jest po drodze do Atlasu.

Rabat to stolica Maroka. Przejazd wzdłuż brzegu morza urozmaicają po obu stronach drogi dęby korkowe – drzewa, z których kory produkuje się korek.. Kora tych drzew, co 8 lat opada, a na jej miejsce wyrasta nowa
Miasto wyrosło na miejscu twierdzy z X w. Przy ujściu rzeki, Bu-Regreg. Był bazą wypadów Arabów do Andaluzji. Miasto nie miało znaczenia aż do 1913r, gdy Francuzi przenieśli tu stolicę Maroka. Słynne resztki meczety Hassana I kawalerzyści armii królewskiej w odświętnych mundurach. Mauzoleum Mohammeda V. Przed wejściem strażnicy w tradycyjnych strojach. Wewnątrz szczególnie piękne jest sklepienie. Warto odwiedzić Kasbę, Chellach, przed, którą grają na bębnach Marokańczycy w bajecznie kolorowych strojach, podskakując i wywijając kutasikami na stożkowatych czapkach. Ogrody, w których zostało trochę ruin otoczone murami. To połączenie ogrodu botanicznego z gaikami bambusowymi i palmami, rezerwat marabutów i słońce nadaje temu miejscu dość szczególny klimat.

Warto zwiedzić Kazbe Oudaja zbudowaną około 1200r, nazwana tak od plemienia Udaja sprowadzonego przez Mulaja Ismaila do obrony miasta przed andalusyjskimi piratami.
Masywna brama Oudaja, która ma w środku kilka zakrętów jako względy obronne a w środku kazby jest park pełen wspaniałych, egzotycznych roślin. Jest zamieszkała. Kiedyś mieszkały tam rodziny gwardzistów królewskich. Piękne uliczki pomalowane do połowy na niebiesko i od polowy na biało. Niebieski to kolor Rabatu. Co prawda na pewną odległość, ale warto zobaczyć pałac królewski w dzielnicy rządowej z alejami wysadzonymi fiskusami. Piękne bramy pokryte mozaikami i stiukami. To piękne i czyste miasto w swoich biało niebieskich barwach.

Miasto nazywane dawniej przez arabów Dar Al Beida / biały dom / to dzisiejsza Casablanca, odbudowana przez Portugalczyków, lecz przyjęła się nazwa hiszpańska.
Centrum Casablanki jest bardzo nowoczesne, szerokie bulwary wysadzane palmami, wysokie białe budynki i przebijająca się nowoczesność.

 

Wielki ruch na ulicy, choć auta poruszają się po wszystkich pasach i we wszystkich kierunkach. Ogrom klaksonu wymusza zajęcie pasa i pierwszeństwo. Piesi uciekają z pod kół i wszystko sprawia wrażenie normalności. Przeładowane kolorowe auta i policjanci niezwracający na to uwagi. Wielki uliczny chaos w codziennym życiu może tylko zaskakiwać przyjezdnego z europy. Ale ten klimat tu czy w Azji na swoje barwy i ja go uwielbiam. Ogrom barów gdzie kucharze przyrządzają kurczaki i baraninę. Podaje się ją w specjalnych kamionkowych garnkach ze stożkowym przykrywami. Garnki te stawia się na ogniu i utrzymują potrawę w cieple. Przy stolikach pod gołym niebem czy namiotami można zjeść mięso, kolorowe potrawy z ryżem, zagryzają oliwkami. Stoły nie są za czyste, zasypane przyprawami, a na ziemi duża ilość śmieci i resztki jedzenia. Wszystko tworzy egzotyczny koloryt. Mimo niespecjalnej higieny trzeba spróbować soczystych kurczaków z kamionki. Zapachy na każdym zakręcie nie pozwalają przejść obojętnie. Po ulicy spa cerują nosiwody w swych przepięknych czerwonych strojach, w wielkich kapeluszach z frędzelkami. Obwieszeni w wypolerowane do połysku złotymi naczyniami. Dzwonki towarzyszą przy każdym ruchu i zachęcają do picia wody. Biegają zwierzątka, za którymi nie przepadam takie jak koty i jest ich pełno wszędzie. Arabowie uwielbiają koty nie lubią psów w odróżnieniu ode mnie. Zachowują się swobodnie i widać, że są oswojone i nie boją się niczego.

W drodze do Meczetu Hassana II przerwa na „mintee” herbatkę ze świeżych liści mięty z dodatkiem dużej ilości cukru.
Meczet Hassana II to „dar narodu”. Ten ogromny meczet został zbudowany na wodzie, na palach, zgodnie z wersetem z Koranu: „Tron pana spoczywa na wodzie”. Jedynie ogromny minaret zbudowany jest na skale. Meczet otwarto w 1993 r. Marmur sprowadzono z Agadiru, Granit z Tafraoute, szkło z Wenecji. Jest dumą narodową Marokańczyków.

Wybudowany kosztem setek milionów dolarów, zachwyca ogromem i nowoczesnością. Trzeci, co do wielkości meczet świata. Meczet jest pusty a marmurowa posadzka jest pozbawiona dywanów. Mieści w sobie 50 000 menszczyzn i 10 000 kobiet, które gromadzą się osobno. Jego dach jest rozsuwany. Gdy robi się duszno, w ciągu ok. 20 minut rozsuwa się dach. Meczet dba zarówno o duszę jak i ciało wiernych. Większość ścian pokrywają jasne marmury oraz drewniane mozaikowe ozdoby z drewna cedrowego.

Elektrycznie otwierane pięknie zdobione drzwi podnoszone do góry i opuszczany 600 kilogramowy żyrandol.
Usytuowany nad samym Atlantykiem pięknie prezentuje się od strony wody. Potężne bramy i ponad 200-metrowy minaret ozdobione mozaikami lśnią w słońcu. Minaret posiada platformę, na której stawia się krzesło, na którym muezin wjeżdża na górę. Na szczycie tego minaretu znajduje się sala, w której odbywają się uroczystości dla dostojników państwowych. Jest to jeden z dwóch meczetów otwartych dla nie muzułmanów. Są tam łaźnie i miejsca wypoczynku. Przez ozdobione kratami okna widać fale Atlantyku.
Przy meczecie zbudowano budynki szkoły koranicznej, które jednak stoją puste. Wykryto kradzieże materiałów budowlanych i przerwano budowę. Wskutek tych nadużyć te piękne z wierzchu budynki nie nadają się do użytku. Ściany kruszą się przy dotknięciu.

Cały kompleks wywołuje duże wrażenie. Widziany od strony latarni morskiej w nocy zachwyca barwą świateł.
Czas pożegnać Casablankę i ruszać w stronę Marakeszu. Po drodze wiele wspaniałych zabudowań mieszkalnych w czerwonym i ciemno brązowym kolorze. Ich niepowtarzalna i tak różnorodna architektura w otwartym terenie robi wielkie wrażenie. Coraz bardziej otwarta przestrzeń i gaje palmowe. Przydrożni sprzedawcy ceramiki i metalowych wyrobów. Wielbłądy, konie i berberowie zatrzymujący na drodze. Czym zaskoczy Marakesz.

„Perła rzucona na Atlas” Stolica Berberów. Miasto w kolorze ochry. Posiada niezwykły i specyficzny nastrój, którym można zostać oczarowanym.
Większość murów mediny oraz mury okalające miasto są głęboko ceglane. Najpiękniejszy kolor przybierają o zachodzie słońca.
Marakesz to już miasto czerwone. Takiego koloru jest budulec i otoczenie dróg w pustkowiach wzgórz, gór, ziemi spalonej, pól piachu i żwiru, kamieni i pojedynczych krzewów. Żółć, pomarańcz, czerwień. Czerwonego koloru są też legendy, że to krew splamiła południe.
A najwspanialszym miejscem w mieście jest plac Djemaa el-Fna. Ogromy, stanowi przedsionek mediny. Przez cały dzień pełen ludzi, przy którym stoi wysoki meczet Koutoubija

Zgiełk przeogromny występy kuglarzy, artystów, szaleńców, zaklinaczy węży, małpy na łańcuchach w klatkach, warany, kameleony, żółwie, osły i muły, skorpiony.
Zaklinaczy węży, kobiet malujących ręce henną, sprzedawców herbaty i przede wszystkim straganów ze stosami daktyli i fig, straganów ze świeżo wyciśniętymi sokami owocowymi oraz straganami z jedzeniem. Wspaniałymi daniami, przekąskami, sałatkami. Sprzedawcy bawią się swoją pracą, śpiewają turystom.
Miejsce spotkań mieszkańców Marakeszu i turystów, handlarzy, kucharzy i muzyków z pustyni. Kolacja wśród dźwięków egzotycznej muzyki, przy stołach pod gołym niebem w towarzystwie zawiniętych w dż elaby nomadów.

W Marakeszu można zobaczyć Ben Youssef, czyli szkołę Koranu i garbarnie, w których, by nie czuć wszechobecnego odoru. Suki z wyrobami drewnianymi, garncarskimi, skórzanymi, z dywanami, warzywami, mięsem, owocami i inne, wciągają wzrok i pochłaniają czas, ale nie można nimi nie pospacerować i nie poczuć tej niepowtarzalnej atmosfery
To wąskie korytarzyki, przykryte w większości dachem. Godne uwagi są słodycze, niezwykły wybór arabskich smakołyków, niesamowicie słodkich i niesamowicie lepkich.

Tylko dla amatorów. Wybór oliwek, wszystkich rozmiarów i kolorów robi wrażenie. A lokalną specjalnością jest marynowana cytryna. Trzeba spróbować, choć raczej należy ją traktować jako dodatek niż danie samo w sobie.
Uliczki, przejścia, przesmyki, zapachy, dźwięki, kolory, barwni ludzie to koloryt Marakeszu. Wspaniały i niezapomniany.
Opuszczam Marakesz w blasku jego świateł. Przejazd przez góry Atlas, widokowa przełęcz, Tizi-n-Tichka. Wjazd w boczną drogę i wielka burza. Masy wody opłukują zbocza.

Kaskady z czerwonej ziemi i tony błota. Potok, który przemienia się w rwącą rzekę. Po godzinnej jeździe na dół w błotnej masie potopione samochody i oczekiwanie na wielkie spychy. Akcja, w której uczestniczy dziesiątki męższczyzn i każdy ma coś do powiedzenia. Ale ten najważniejszy kieruje ruchem. Wielka szkoda, bo wybierałem się jeszcze do kazby Telouet, która była siedzibą potężnego rodu Glawa władcy południowego Maroka. Kierunek Asni i jazda w kierunku wymarzonego Toubkala. Przydrożni sprzedawcy proponują pamiątki i dziesiątki kolorowych minerałów. Ładnie świecą w słońcu pełną kolorystyką, lśniące z daleka robią duże wrażenie. Ametyst w każdym kolorze. Ale tylko kamienna maska staje się moją własnością. Wspaniałe widoki cisza zbliża do Imlil. Imponująca droga wdziera się coraz wyżej w wysokie góry, ośnieżone szczyty kontrastują z zielonymi poletkami i zaczyna być zimno. Wokół masywu Toubkala rozsianych jest mnóstwo wiosek, w których życie nie zmienia się od wieków tak szybko. Mieszkający w nich
Beberowie, są chyba najmniej ucywilizowaną społecznością Maroka. Berberyjscy górale. Ich lepianki o płaskich dachach stoją na górskich zboczach, ogródki nawadniane tarasowo i gaje rozkwitają w dole.

Imlil, miejscowość w sercu doliny Mizan, jest najpopularniejszą bazą trekkingową w Maroku. Od podstawy Dżebel Tubkal dzieli ją tylko 5 godzin marszu. Imlil żyje z trekkingu, duże możliwości transportowe, łatwo również znaleźć nocleg i wynająć przewodnika. Turystyczna atmosfera ogranicza się do samego miasteczka, w górze już pusto.
Małe miasteczko gdzie na głównej ulicy odbywa się cały handel. Każdy ma coś do zaproponowania, ale najbardziej rozbawia mnie mały sprzedawca ofiarujący wielki udziec. Na pięterku sprzedawcy dywanów przy tradycyjnej słodkiej miętówce wynajmują pokój w Armed. Wjazd stromy dla ludzi o mocnych nerwach. To już najwyżej położone miejsce w Maroku gdzie można wjechać serpentyną oglądając zmasakrowane auta na zboczu. Ibrahim przedstawia swojego 84 letniego ojca i dziesięcioletniego młodszego brata. Przyjęcie tradycyjną bardzo słodką kawą.
Typowe berberyjskie wnętrze z portretem króla na ścianie.Malutki pokój i okalające miejsca do siedzenia. Malutki stolik i kolacja podana w stożkowym glinianym naczyniu podtrzymujące ciepło. Nieśmiertelne danie tajine.
Miła atmosfera i wyjątkowo płodny berber o imieniu Omar, który nie chodzi na dół i nigdy nie był u lekarza. Kolacja w całą rodziną kończy się o północy.
Na zewnątrz jest bardzo chłodno, co czuć przez niedomykające się małe okna. Ale do wyjścia w górę jest kilka godzin i teraz tylko liczy się szybkie spanie. O trzeciej w nocy stary berber Omar podaje herbatę. Jest ciemno i chłodno. Droga prowadzi wzdłuż potoku do zbocza. Po godzinie przejście przez małą opustoszałą osadę Mała biała kopuła świątyni i zakaz wstępu innym wyznawcą. Przejście przez mostek i szlak do schroniska pod Toupkalem. Jest zimno i dużo śniegu. Po prawej zamarznięte wysokie wodospady przyklejone do ściany. Ładny widok zakłóca ciągle przelatująca mgła. Po kilku godzinach w coraz to trudniejszych warunkach.

Duże ilości śniegu dają już o sobie znać. Pierwszy budynek zawiany na przestrzał pod sufit. Niezły widok na wysokości 3200m npm. W głównym schronisku kilku trzęsących się zmarzlaków. Zdjęcie butów na progu schroniska nie jest dobrym pomysłem, ale należy uszanować ich wiarę. Dwie ekipy przed schroniskiem pakujące się na konie.
Wejście trudne ze względu na warunki. Nie daje mi spokoju i postanawiam po pół godzinie wyjścia na szczyt. Skracam drogę idąc po zboczu za schroniskiem. Zła widoczność i tylko raz udaje mi się zrobić zdjęcie schroniska z góry.
Teren się, wypłaszcza ale silny wiatr ogranicza widoczność. Podejście do skalnej kulminacji z skalnych dużych bloków zawianych śniegiem. Wierzchołek prawie niewidoczny za skalnego grzebienia.
I wreście jest, trójnóg triangulacyjny na najwyższym szczycie Atlasu Wysokiego. Otoczony mgłą, odpierający silny wiatr. Zimny szczyt gorącej Afryki. Wysokość 4167m npm.
Pobyt na górze to jedna minuta i zejście poniżej z powodu silnego wiatru. Powrót do schroniska zabiera mi trzy i pół godziny. W niższej partii to skoki powodujące małe obsunięcia pod butami i zabawa w zjazdy. No cóż kolanka to odczuły.

Pół godziny wypoczynku na ławce przed schroniskiem. Nie miałem już ochoty ściągać butów. Ostatni docierający do schroniska. Zejście w dół bardzo mi się dłużyło. Schodziłem ze sprzedawcą minerałów, który chciał wymienić cokolwiek na mój zegarek. Jak nie zegarek to rękawiczki albo buty. Dreptaliśmy tak razem do osady. Tam jeszcze proponuje mi skamieniałości, trylobity, róże pustynne.
Po ciemku dotarłem doliną do domu Omara. Klepał mnie po plecach i gratulował. W nagrodę przyrządził mocną słodką kawę. Siedzieliśmy w kuchni na dole przy palenisku. To bardzo udany i radosny dzień, choć był bardzo męczący.
Rano zjazd serpentyną z widokiem na dolinę. Wjazd w ciasną uliczkę i pożegnalne zdjęcia z tym wyjątkowym miejscem. Lubię takie klimaty, lubię patrzeć na miejsca gdzie życie toczy się na ulicy.

Kierunek na Ouarzazate i Boumalne du Dades. Wąwóz Dades wije się pomiędzy szczytami Atlasu Wysokiego a Debel Sahro. Przy wjeździe groźnie wyglądający zamek – kazba Ait Youl. Wjazd do wąwozu to pełny koloryt. Gaje migdałowców i drzew figowych, palmy i agawy otaczają cudowne formacje skalne, rzeźbione wielkie ściany tworzące ramy tej doliny. Dwadzieścia pięć kilometrów aż do Ait Udinaru. Kolorystyce nadaje wijąca się rzeka wzdłuż doliny i ciężko wypracowane przez dzieci zielone poletka. Starcy odpoczywający w cieniu i młode dziewczyny pozdrawiają ręką umilając atmosferę przejazdu.

Powrót do Boumalne Dades i wjazd do Wąwozu Todry. Otoczony wielkimi i stromymi ścianami jest osobliwością przyrodniczą Maroka. Ściany sięgające trzysta metrów wysokości oddalone są od siebie zaledwie dziesięciometrową odległością. Kryształowa rzeka na dnie doliny i cała kolorystyka ścian w barwach różowo czerwonych po żółtobrunatne odcienie, ilość odcieni brązu, pomarańczy, czerwieni, różu, wrzosu, szarości, bieli, żółci i czerni wprost zachwyca.

Przerwa na „mintee” w hotelu. Dwaj chłopcy grający na bębenkach. Próbuję swoich sił grając razem, ale nie jest to wykonanie, które by chcieli usłyszeć po raz drugi.

Nocleg na kempingu w Errachidia. Rano przejazd przez coraz rozleglejsze tereny w stronę Erfout. Po drodze wielkie gaje palmowe i zielone ogrody.
Dalej pustynna kamienista droga „hamadę” a potem piaszczystą drogę tzw,.”piste”
Merzouga leży na skraju wielkich wydm Erg Chebbi. Dalszy przejazd w asyście ścigających się Land Rowerów z turystami zostawiających po sobie kłęby kurzu.
Nocleg w typowo pustynnym hotelu, przy którym poniżej znajduje się zagroda z wielbłądami. Poważne spojrzenia w stronę aparatu i zaciekawienie. Poniżej szafirowe jeziorko i zielony gaj. Cisza i spokój to dodatkowy element przyciągający uwagę tego miejsca. Wieczorem na tarasie można podziwiać zmieniającą się kolorystykę piasku, które tworzy zachodzące słońce. Ile barwa może mieć odcieni to trzeba tu widzieć ten żywy spektakl marokańskiej Sahary.

W dali obozowisko składające się z kilku namiotów berberyjskich z wielbłądziej wełny, ustawionych w podkowę, w środku, leżą koce. Wewnątrz namiot materace i koce. Duży dywan przed wejściem i dwie wbite w piach latarenki.
Śpiący na piasku Berber i wielbłądy dopełniają swojski krajobraz.
To jedyny w Maroku saharyjski erg, olbrzymia ruchoma wydma piaszczysta, typowa dla algierskiej części Sahary.
Na kolacje dość smaczny „tajin” złożony z koziego mięsa z jajkiem i dużą ilością warzyw, podany przez Berbera ubranego w tradycyjny niebieski strój i zawiązaną chustą na głowie zwaną „szesze”.
Prysznic i odpoczynek. Nie chcę nawet myśleć o tym, że to już koniec drogi. Wiem, że wszystko przemija jak zachód słońca na wydmach, ale dzisiaj nie chcę o tym pamiętać.

Powrót jak cała droga na południe bardzo malowniczy. Malownicza dolina rzeki Ziz, bujne gaje palmowe, ośnieżone szczyty Atlasu M!goun i grzbiety Atlasu Sahro.

Architektura i te rozległe przestrzenie pozostają zawsze w pamięci. Kultura, zwyczaje i religia zauważalna na każdym kroku, uśmiechnięte dzieci biegnące za samochodem, proszące o „bonbonsa”. Ta odmienności przyciąga tutaj, twarze zostają w pamięci i tak wiele zostawia wspomnień.
Powroty do rzeczywistości są zawsze smutne i można to zauważyć przejeżdżając przez Er-Rachidie. Budynki utrzymane w tradycyjnej architekturze są budynkami
publicznymi, większy ruch samochodowy i miejski gwar, dalej pola uprawne, gaje oliwne, lasy porośnięte niskimi drzewkami. Krajobraz jest suchy w kolorach czerwieni i oliwkowej zieleni
Szybki powrót przez Midelt, Menkes, Fes i do Centy. Po drodze bliskie spotkanie z małpeczkami, które w bardzo poważnie pozują do zdjęć. Do Centy przyjeżdżam wieczorem i zwiedzam jeszcze rozświetlone miasto. Rano prom i wspaniały widok na Gibraltar,który w złej pogodzie wygląda jak dymiący wulkan.Żegnaj Afryko.