Kilka fragmentów zawartych z wypraw na najwyższe szczyty Europy, wyprawy do Azji i Afryki.

Mont Blanc 4808m npm – tutaj już roztaczał się wspaniały widok na masyw Mont Blanc. Długi odcinek biegnący po nawisie śnieżnym zakręca szerokim łukiem w lewo. Szeroki śnieżny grzbiet doprowadza nas na rozległy wierch Dom du Gouter. W tym miejscu odgałęzia się lodowa grań Bionnassay. Zejście do siodła przełęczy, powyżej której stoi alpejski schron Vallota na wysokości 4362m. Z przełęczy długie podejście w górę do schronu, który jak z bajki jest cały biały oblodzony igłami śnieżnymi i wygląda jak gigantyczny jeż. Igły ułożone są w jednym kierunku, z której wieje silny wiatr. Ładny widok białych, najeżonych lodowych ścian.

Potem już tylko wielki lodowiec, na którym jest jedno wielkie gruzowisko, zbudowane od najmniejszego żwirku po głazy. Długi ponad 3 km lodowiec wypiętrzony środkiem na ponad stokilkadziesiąt metrów. Na wejściu od strony Nagie bez trudu można zauważyć olbrzymie szczeliny lodowe. Całe przejście to lawirowanie z góry na dół pomiędzy szczelinami. Dużo miejsc, w których lód stopniał i powstały kratery. Całe brzegi w gruzie i tylko słychać, jak raz po raz następuje obsypanie do środka. Przez cały czas słychać tylko spadające kamienie po zboczach i schodzące lawiny śnieżne, które są efektem ostatniej trzydniowej pogody i dużego słońca. Wokół mnie panuje absolutna. Słychać jedynie wiatr. Jestem sam i nikt nie idzie ani z góry, ani z dołu. Ciężkie mozolne przejście lodowca i bez przerwy słychać tylko obsypujący się gruz.
image21

Akcja ratunkowa w Alpach – po jakiś kilkunastu metrach, usłyszałem zbliżający się helikopter. Odwróciłem głowę, on zawisł ze 30 metrów ode mnie, „chyba mnie obserwują” – pomyślałem. Znalazłem półkę skalną i pokazałem im międzynarodowy gest, że nie potrzebuję pomocy. Pomyślałem, że przecież dam sobie jakoś radę. Po chwili helikopter odleciał, zauważyłem, że był w barwach niebiesko-białych, należał do policji. Kontynuowałem swoje zejście. Po kilku minutach znowu usłyszałem ten znajomy odgłos. Zrozumiałem, że chyba jednak nie wyjdzie na moje. Piloci wskazali mi miejsce, z którego mogliby mieć ze mną w miarę bezpośredni kontakt. Musiałem tam podejść kilka metrów, jakoś dziwnie podekscytowany, jeszcze nie wiedziałem, że to będzie oznaczało koniec mozolnej męczarni. Przecież wspinaczka dla mnie to ogromna przyjemność, a teraz odczuwałem jedynie ogromny ból i zmęczenie, do tego jeszcze rozczarowanie niezdobytym szczytem. Dosyć szybko zbliżałem się do helikoptera, który zawisł w powietrzu, tuż nad skalną półką, na tyle wyeksponowaną, że mógł do niej podlecieć. Jeden z brygady zsunął się ze 3 metry w dół i złapał mnie za uprząż. Pomyślałem, że może przypną mnie do liny i w taki sposób mnie będą transportować. Jednakże, wciągnęli mnie do środka. Było niesamowicie głośno, od skał huk odbijał się echem, huczało mi w głowie. Pewnie jeszcze dodatkowo od bólu i zmęczenia.

Elbrus 5642m npm. fragment -Pirjut, Pirjut krzyknąłem ponownie. Obrócił się do drugiego mężczyzny i zaczęli rozmawiać. Ten drugi podszedł i obrócił mnie w prawo. Złapał za linkę i wyciągnął z kieszeni kompas. Włączył i pokazał mi wskazania. Ok, Ok, bok – powtarzał. Kiwnąłem głową. Dziewczyna stała i obejmowała moją rękę, oni złapali ja za drugą i zaczęli ciągnąć w stronę ratraka. Jeden z nich stanął i wciągnął ją na podłogę. Ratrak zawinął w miejscu i odjechał.
Stałem i nie docierało wszystko do mnie. Kilka minut i taka zmiana sytuacji. Coś się rozleciało, pustka. Nie wiem jak to określić. Czułem, że jestem sam, ale zadowolony z całej sytuacji.. Jedna myśl tylko krążyła mi po głowie: Jak dziewczyna z tego wyjdzie. Tylko teraz sobie nie usiądź – pomyślałem. Kilka pierwszych kroków było ciężkich. Odpoczynek i dalej to samo. Monotonia kilku kroków. Byłem tak zamyślony, że nie wiem, kiedy obok mnie zobaczyłem wykopany dół do lodowego źródełka. Ucieszył mnie ten widok. Przecież to jest to miejsce, gdzie dwa dni temu czekanem rozbijałem taflę grubego lodu, żeby dostać się do wody. To tutaj zamoczyłem rękawice wyciągając lód. Pirjut już jest pod nosem. Stałem chwilę i patrzyłem przed siebie. Jeszcze tylko jedno obniżenie i jestem na miejscu. Po kilku minutach widziałem już schronisko. Fragmenty wyłaniające się z mgły.
Otworzyłem drzwi i zobaczyłem osłupiałe twarze. Rosjanin podszedł do mnie i posadził mnie na ławie. Czułem się tak jakbym miał dwieście lat. Drugi, małego wzrostu, Rosjanin zaczął tłuc mnie dłonią po butach i ściągać raki, rozpiął kurtkę i wygrzebywał ze mnie śnieg. Problem był z okularami. Były przymarznięte do brwi. Rozkruszał palcami kawałki zamarzniętego śniegu. Wszystko spokojnie jakby w zwolnionym filmie bez żadnych pytań. Szeryf Pirjuta podał mi kubek z ciepłą herbatą. Która godzina? – zapytałem. Rosjanin popatrzył na zegarek, ale nie odpowiedział. Powtórzyłem pytanie. Dziesiąta dwadzieścia. Zacząłem liczyć czas od wyjścia, ale źle mi to wychodziło. Ciepło, jakie do mnie dochodziło nie pozwoliło mi się skupić. Podszedł Anglik i usiadł przy mnie. Miał butelkę whisky i nalał do zakrętki. Wypij za to, że wróciłeś. Zaraz dostaniesz herbatę. Widok moich rąk trochę mnie przeraził. Miałem przezroczyste palce. Ktoś postawił miskę z ciepłym jedzeniem. Chciałem tylko pić. Wypijałem kubek za kubkiem nie myśląc o jedzeniu. Czułem jak dochodzę do siebie. Wszyscy są ? – zapytałem Anglika. My nie wychodziliśmy, ale ci, co wyszli, w nocy wrócili – odpowiedział. Kilka osób doszło do przełęczy i zawrócili. Uspokoiła mnie taka wiadomość. Im bardziej się rozgrzewałem, tym bardziej czułem się bezpiecznie. Nawet złapałem się na kilka łyżek jakiejś papki.. Musisz się położyć. Zaraz do ciebie przyjdę. Młodzik z jego ekipy zdjął mi spodnie i pomógł wsunąć się do śpiwora. Anglik narzucił na mnie kilka śmierdzących kocy i nie wiedziałem, kiedy usnąłem.

Przebudzałem się kilkakrotnie. Widziałem jak Rosjanin naciera mi ręce maścią. Budziłem się jak wsadzał mi ręce do menażki z gorącą wodą i wyciągał do śniegu, który leżał z boku. Chce mi się sikać. Zaśmiał się i powiedział, że nigdzie nie pójdę. Przyniósł mi biały bidon i wsadził do śpiwora. Tylko się nie obsikaj, bo nie będziesz miał, w czym spać. Położyłem się na bok i nie mogłem sobie poradzić. Czułem ból, który dobrze zwiastował. Na pewno nikogo nie widziałeś? – zapytał. Nie wiedziałem, o co chodzi. Kogo? – zapytałem. Pamiętasz rozmowę? Byłem całkiem zdezorientowany. Byli ratownicy o drugiej w nocy i pytali Ci się czy nie spotkałeś jakiegoś człowieka. Zagubił się koło Skał Pastuchowa. Wyszedł z beczek i nie wrócił. Nie pamiętałem tej rozmowy z ratownikami. Pomyślałem, że może to ten Szwed, który chciał ze mną wyjść. Ale pamiętam, że zszedł na dół. Widziałem jeszcze jego twarz jak coś do mnie mówi, ale tak naprawdę to już spałem i nic do mnie nie docierało.
image23

Kiedy się obudziłem Rosjanin siedział przy mnie i masował mi ręce. Czułem jakiś ruch i widziałem jak pakują się dwie osoby. Musisz wstać i coś zjeść. Ja idę spać – powiedział Rosjanin. Znowu przysnąłem. Kiedy się obudziłem, wygrzebałem się i usiadłem za drewnianą ławą. Sześć osób usiadło koło mnie i patrzyli się tylko. Anglik podszedł i przerwał ciszę. Rano byłem z chłopcami w beczkach. Chciałem, żeby się trochę przeszli. Rozmawiałem z rodakami. Nic nie powiedziałeś o dziewczynach. Wszyscy tam dopytywali się o Ciebie. Dlaczego nic nie powiedziałeś? – wyrzucał mi Anglik. Nic nie mówiłem, faktycznie, lecz docierała do mnie myśl, że widział się z „moimi dziewczynami”. Wszystko w porządku. Całą noc siedział przy nich lekarz. Bardzo odmrożona, ale mówi, że chciałaby z Tobą się zobaczyć. O jedenastej zwieźli je na dół. Będzie dobrze. O jedenastej. Nie mogłem zaskoczyć, która była godzina. A teraz, która jest? – zapytałem. Anglik popatrzył na zegarek i długo się zastanawiał. Spałeś dziewiętnaście godzin. Zbliża się szósta. Podziękuj mu. Siedział przy tobie do dziesiątej rano. Pokazał na małego faceta siedzącego naprzeciwko mnie. Trzymał ręce na stole i pił herbatę. Widok jego dłoni zaraz mnie rozbudził. Wszystkie palce obcięte do połowy. Masz dobrego masażystę. Wyciągnąłem do niego dłoń, która była cała zawinięta. Złapał mnie za nadgarstek i rozwijał zawiniątka, które mi zrobił. Daj drugą. Patrzyłem na swoje ręce i teraz dopiero mogłem ocenić swoje odmrożenia. Położył tubkę maści i kazał mi się nasmarować. To dobra maść i dobry specjalista. – powiedział szeryf i klepnął Rosjanina w plecy. A teraz pij i powiedz jak wam się udało. Jak długo tu jestem, to nie widziałem, żeby ktoś wrócił w taką pogodę. Takiej nocy nie pamiętam od dwóch lat. Nawet w beczkach była panika i połowa ludzi zjechała na dół. Dlaczego nic nie powiedziałeś? Nie wiedziałem, co mam mówić. Przecież wszystko skończyło się dobrze. Nic nie mówiłem, bo nie wiedziałem, co powiedzieć. Wszystko wiemy, nie musimy do tego wracać. Wszystko mi opowiedzieli na dole – powiedział Anglik. Musisz zejść niżej- powiedział za chwilę Rosjanin. Musisz jeszcze wytracić wysokość. Poprawi ci się krążenie i musisz się ogrzać. Popatrzyłem zdziwiony. Przecież o tej porze to nie możliwe. Nie jestem w stanie zejść i gdzie spędzę noc? Sama myśl spania na powietrzu napawała mnie zgrozą. Rano Cię spakujemy i wynoś się jak najszybciej.

Dżabal Toupcal 4167m – duże ilości śniegu dają już o sobie znać. Pierwszy budynek zawiany na przestrzał pod sufit. Niezły widok na wysokości 3200m npm. W głównym schronisku kilku trzęsących się zmarzlaków. Zdjęcie butów na progu schroniska nie jest dobrym pomysłem, ale należy uszanować ich wiarę. Dwie ekipy przed schroniskiem pakujące się na konie.
Wejście trudne ze względu na warunki. Nie daje mi spokoju i postanawiam po pół godzinie wyjścia na szczyt. Skracam drogę idąc po zboczu za schroniskiem. Zła widoczność i tylko raz udaje mi się zrobić zdjęcie schroniska z góry. Teren się, wypłaszcza ale silny wiatr ogranicza widoczność. Podejście do skalnej kulminacji z skalnych dużych bloków zawianych śniegiem. Wierzchołek prawie niewidoczny za skalnego grzebienia.
I jest, trójnóg triangulacyjny na najwyższym szczycie Atlasu Wysokiego. Otoczony mgłą, odpierający silny wiatr. Zimny szczyt gorącej Afryki. Wysokość 4167m npm.
Pobyt na górze to jedna minuta i zejście poniżej z powodu silnego wiatru. Powrót do schroniska zabiera mi trzy i pół godziny. W niższej partii to skoki powodujące małe obsunięcia pod butami i zabawa w zjazdy. No cóż kolanka to odczuły. Pół godziny wypoczynku na ławce przed schroniskiem. Nie miałem już ochoty ściągać butów. Ostatni docierający do schroniska. Zejście w dół bardzo mi się dłużyło. Schodziłem ze sprzedawcą minerałów, który chciał wymienić cokolwiek na mój zegarek. Jak nie zegarek to rękawiczki albo buty. Dreptaliśmy tak razem do osady. Tam jeszcze proponuje mi skamieniałości, trylobity, róże pustynne. Po ciemku dotarłem doliną do domu Omara. Klepał mnie po plecach i gratulował. W nagrodę przyrządził mocną słodką kawę. Siedzieliśmy w kuchni na dole przy palenisku. To bardzo udany i radosny dzień, choć był bardzo męczący.