Sama myśl o powrocie po czterech latach do Skandynawii poprawia samopoczucie. Tym razem promem z Gdańska do Nynysham.
Początek września, więc postanowiłem przemieścić się jak najszybciej w stronę gór. Z promu przejazd w stronę Oslo zabiera całe popołudnie i noc. Niestety ze względu na wczesną porę nie mogłem sobie zafundować zwiedzania. Rzut oka na modernistyczny ratusz i starą zabudowę miasta. Zależało mi na zobaczeniu kontrowersyjnych rzeźb Gustawa Vigelanda i twierdzy Akershus. Ze względu na późny wyjazd z kraju z mojego planu podróży muszę wykreślić również małe miasteczko-twierdza Fredrikstad, w którym do fortecznej bramy prowadzi most zwodzony, a w rynku można zakuć się w dyby i na bastionach zobaczyć armaty. Jadąc dalej na południe można zobaczyć więcej ciekawych rzeczy; kamienne kręgi, wielki, również kamienny kurhan z zachowaną komorą grobową, relikty z epoki brązu. Szkoda, że nie mam okazji ich nawet sfotografować tym razem, ale może następnym razem będzie mi to dane.

Mały problem po ‘kręceniu się’ po mieście z wyjazdem na Sandvike rozwiązuje urocza polka, pracująca na „bramce” autostrady. Dalsza droga to przejazd przez Gol, Hegg i Sogndal. Późna pora pozwala podziwiać wspaniałe widoki w oczekiwaniu na poranny prom. Trochę odpoczynku i czas na małą przekąskę, doprowadzenie się do ładu. Rano płynę promem w porannej mgle i wjeżdżam tuż nad wodą, prosto do tunelu. Zaledwie przepływają dwa auta i cisza pozwala poczuwać spokój, jaki tu panuje. Żadnego pośpiechu, żadnego tłoku, żadnej reklamy, w około skały i woda. Tego właśnie oczekiwałem. Malowniczy zjazdem docieram do śpiącego miasteczka Luster, wokół którego spływają po skałach wodospady.

W drodze do Gaupne mała przerwa na huśtanie się na linowym starym zardzewiałym moście. Wąską drogą wzdłuż najdłuższego w Norwegii Sognefiordu, liczącego ponad 200 km, dojeżdżam do Gaupe. Stąd w boczną dolinę, do lodowca Briksdalsbreen mającego około 30 km. Na parkingu ciekawa architektonicznie budowla, podparta betonowymi podporami drewniana konstrukcja. Sklep, informacja, małe muzeum alpinizmu. Dojeżdżam do języka lodowca, po drodze różne opłaty, które należy uiścić w przydrożnych skrzynkach. Z parkingu można przepłynąć łódką do czoła lodowca, ale spacer na odcinku 3-4 kilometrów wśród potoków i skał z widokiem na lodowiec jest bardziej ciekawy. Stary drewniany mostek doprowadza mnie do czoła lodowca Jostedalsbreen. Właściwie do jednego z jego jęzorów zwanym Nigardsbreen. Jostedalsbreen jest największym lodowcem w Europie kontynentalnej, który nie leży w obrębie samych gór. Zajmuje powierzchnię około 800 kilometrów kwadratowych i spływa do dolin dwudziesto czterema jęzorami. Jego biała tafla dobrze widoczna jest z Jotunheimen i jest dużą atrakcją dla ludzi lodu.

Znaki na skałach wskazują, że lodowiec co roku cofa się o około dwa kilometry w ciągu stu lat. Spękane czoło u podnóża, szczeliny o barwie błękitu, w głębi szafiru. Lodowe szafirowe komory, z których wycieka ze szczelin woda, dostarczają niezapomnianych wrażeń estetycznych. Przejście przez lodowiec to duże przeżycie. Jest to właściwie przejście pomiędzy szczelinami, gdzie huk wody przepływającej pod lodowcem przypomina o niebezpieczeństwie. Wielki biały jęzor, spękany na całej długości, szafirowe głębokie szczeliny, wodospady spadające w obydwu stron jęzora to jest coś co mnie urzekło, zaskoczyło swoim pięknem i mogłem się tego spodziewać. W trakcie powrotu na parking asystowały mi małe lemingi przypominające chomiki.
Dalszy przejazd w stronę Lom – wąską drogą wznoszącą się coraz wyżej i w coraz bardziej odczuwalnym zimnie. Zaśnieżone góry, w których nie spotkałem nikogo na całym przejeździe. Dalsza droga to podjazd serpentynami do schroniska Spiterstuhlen, które znajduje się na wysokości ok. 1100m n.p.m. – do pokonania prawie 1400 m różnicy poziomów. Położone w widokowej dolinie, z której wychodzi kilka szlaków. Po tylu atrakcjach dzisiejszego dnia zostaje tylko dobry sen i rano wymarsz na szczyt.

Rano wymarsz, na szczyt prowadzi pokryte śniegiem zbocze – miejscami dość uporczywe i mało przyjemne ze względu na mokry i grząski śnieg. Na wysokości około 2000m n.p.m. odsłania się panorama Jotunheimen. Po kilku godzinach podejście na szczyt, na którym stoi oblodzony schron. Za nim luneta wskazująca szczyty w paśmie Jotunheimen. Wspaniała widoczność i wspaniała panorama. Najwyższy szczyt Skandynawii Goldhopiggen (2468 m npm) – lekko zmęczony, ale zadowolony. To jeden z tych szczytów, gdzie przy takiej widoczności jest ten trud solidnie wynagradzany.
Zejście ze szczytu trochę skróciłem i wracałem inną drogą. Tak, więc przed wieczorem byłem w schronisku. Dużo gorącej herbaty i nocleg przed jutrzejszą jazdą wzdłuż najwyższych norweskich gór Jotunheimen (Góry Olbrzymów). Ciepły domek na kampingu, gorący prysznic i zimne piwo – Lom, małe miasteczko, a tuż koło centrum wspaniały wodospad, muzeum sztuki użytkowej i wiele innych atrakcji, których jeszcze jest wiele po drodze na Geiranger. Stromy wjazd na przełęcz i bardzo zimno. Pakujący już swój sklepik sprzedawca daje znać o kończącym się sezonie. Masa trolli, kiełbas i rogów z renifera, hełmów wikingów i innych gadżetów. Malowniczo ale opustoszale, tylko z każdej strony czujesz spojrzenie trolli i widzisz ich szkaradne uśmiechy.

Serpentyny wzdłuż fiordu i stromy zjazd do miasteczka. Wita mnie wielki troll w malowniczym miasteczku Hellesylt, gdzie w około ciągną się leniwie kilkuset metrowe wodospady z okalających zboczy. Pusto i czekający prom na turystów, których doczekać się nie może. Stąd promem wzdłuż najsłynniejszego norweskiego fiordu – Geiranger. Fiord jest niewielki, ale otoczony pięknymi górami, z których spadają wodospady, z których najsłynniejszym jest „Siedem Sióstr”. Dalej idąc szlakiem dochodzi się do miejsca, gdzie z drugiej strony fiordu opada słynny wodospad widziany z góry, gdzie powstało słynne zdjęcie do pocztówek – człowiek na występie skalnym nad miasteczkiem jak na skrzydle samolotu. Dalszy przejazd przez górskie pustkowie, na otaczających górach jest dużo śniegu.
W Eidsdal przeprawa promowa przez Norddalsfiord do Linge. I bardzo oczekiwane przeze mnie miejsce – ‘Droga Trolli’, bardzo kręta jak można się spodziewać po nazwie – złośliwość trolli. Droga prowadzi wzdłuż Trollstingheimen – Gór Trolli – najwyższych ścian wspinaczkowych w Skandynawii z nietypowymi dla Norwegii ostrymi szczytami typu alpejskiego.

Zjazd tzw. Drabiną Trolli to jedenaście ostrych serpentyn położonych na różnicach wysokości sięgających 820 m. Bajkowy widok i znów spadający wielki wodospad przecina serpentyny. Ośmiuset metrowa różnica poziomu na tak dużym wzniesieniu, zawijająca się droga kaskadowa jedna pod drugą i znak jedyny na świecie „Uwaga, Trolle!”. Bajka to mało powiedziane – po drodze kilka dużych wodospadów i malownicza jazda doliną rzeki. Malownicza dolina Romsdalen prowadzi już w stronę Andalsnes.
Żeby zyskać na czasie dłuższy przejazd do Andalsnes, potem przez Edisvag, Kanne, Skei, do Trondheim. Ale trudno nie zobaczyć okazałej katedry Nidaros, która wzniesiona została nad grobem patrona, św. Olafa, inspirowana architekturą angielskiego opactwa Westminster. W jednej z kaplic przechowywane są norweskie klejnoty koronne. Wysoka na 98m jest największą średniowieczną budowlą kraju.

Różnorodna droga na północ, raz do góry, a raz na dół. Pustkowie i roślinność uboższa, bardziej skarłowaciała. Kilka godzin jazdy kończy się w rozległej dolinie porośniętej krzewami. Parking obrośnięty mchem i suchymi porostami. Na parkingu pawilon w kształcie abażura, a przed nim postument, na którym zamontowana jest metalowa siatka globusa. Wielki napis ma ścianie POLARSIRKELESENTERET  66 33” mówi wszystko za siebie. Namalowana na ziemi linia oznacza przekroczenie koła podbiegunowego. Za budynkiem stara wielka drewniana konstrukcja wskazująca cztery kierunki świata z metalową siatką globusa, stanowiąca jakby głowę światowida. O wiele ciekawszy obiekt od tego, co stoi przy drodze. Zimno to mało powiedziane – jest bardzo, bardzo zimno, a wiatr szaleje w tej scenerii księżycowej do woli. Lodowata jezdnia nie pozwala na jazdę więcej jak 30 kilometrów na godzinę. Ale trzeba stąd się wynieść i to daleko, bo mogą być problemy z wychłodzeniem i jazdą.

Noc spędziłem w aucie przed Bognez, a rano było już całkiem znośnie. Tutaj przeprawa promem i poranna cisza, jak wszędzie kilka zaledwie aut. Stoję sam na pokładzie i mam wrażenie, że kieruję tym małym promem, z którego rozpościerają się wspaniałe widoki na góry – wielkie kopuły wyrastające z wody. Wstające słońce daje niesamowity blask na wodę, zaułki fiordów jakby świeciły wzmocnionym światłem wydobywającym się spod mgły. Codzienna bajka widokowa zakłócana jest długimi godzinami jazdą samochodem. W Narwiku mam mały odpoczynek. Miasto znane jest z ciężkich walk aliantów z Niemcami w czasie II wojny światowej. Brała w nich udział polska Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich, o czym przypomina pomnik zatopionego w pobliskim fiordzie niszczyciela „Grom”, a w Ankenes znajduje się wojskowy cmentarz poległych.

Dalsze plany podróży ulegają zmianie – miałem jechać do Szwecji na górę Kebnekaise, ale pojadę dalej na północ, ponieważ lodowate wiatry nie wróżą nic dobrego. Obawiam się, że kilka dni później będzie jeszcze gorzej. Postanowiłem, że na Kebnekaise pojadę wracając z Nordkapp’u. Po drodze na Nordkapp za Skibotn jest odbicie na Halti Hald, najbardziej wysuniętym szczytem Korony Europy. Miejscowość Birtavarre dalej do góry 25 km do jeziora Guolasjavri, po drodze Bizushytta, droga do chaty i dalej kilka godzin w górę. Szlak nie jest znaczony. Nocleg w chacie i długi marsz w ciągu dnia. Prawdziwy wierzchołek Halti 1361m n.p.m. leży w Norwegii przy granicy z Finlandią, a najwyższy punkt Finlandii znajduje się około 50m od niego. Należy zejść trochę na dół i wejść na niego od strony północnej, Ridnitsohkka 1316m – krajobraz jest odmienny i bardziej rozległy. Góra nie przedstawia żadnych trudności i można śmiało wybrać się na nią z nartami. Nocleg pod namiotem nie przedstawia trudności, lecz długi i wielogodzinny powrót. Wzgórze pokryte głazami jest oddalone i znajduje się na całkowitym pustkowiu. Można bez opłat przenocować w Kuontaki czy Meekonjarvi.

Teraz tylko jedna droga na Nordkapp – przejazd przez Altę, Russenes, Repvag, Kafiord, Honingsvag, Skarsvag. Po drodze napotykam wielki pomalowany głaz – gigantyczne graffiti. Coraz bardziej odczuwam to, że jestem bliżej celu. Na nocleg zatrzymuję się ponad 120 km przed Lakselv. Jest w nocy zimno i duży wiatr. Poranna kawa i wychodzące słońce dobrze zapowiada dzień. Dojeżdżam do Skarsvag i buszuję po miasteczku, uśpione jak wszystkie i żadnego człowieka nie uświadczysz. Wszystko zamknięte i jedna napotkana kobieta może udzielić jakichklwiek informacji. Wielkie mewy wrzeszczą nad głową, wracam na główną drogę i dojeżdżam do tunelu. To tylko siedem kilometrów tunelu łączącego wyspę Mageroye ze stałym lądem. Od południa 3 kilometry i 9% nachylenia zjazdu na odcinku 212 metrów pod poziomem morza, a później 10% wjazd na powierzchnie.

Sam półwysep Nordkapp to jedna wielka, otwarta przestrzeń. Stoi budynek z wielką białą kopułą, który w podziemiach ma trzy poziomy, a w nich między innymi jest sala kinowa z panoramicznym ekranem, w której można obejrzeć film o wyspie Mageroyi, ekumeniczną kapliczkę wykutą w skale, gdzie można się pomodlić, tajskie muzeum, a także tunel z gablotami przedstawiającymi historie zdobycia przylądka. Na końcu wielki metalowy globus, i pomnik z brązu – „Matka z Dzieckiem” stworzony przez artystkę Eva Rybakken. Pomnik wskazuje na 7 reliefów, stanowiących monumentalny symbol „Dzieci Ziemii”. Pomnik składa się z 7 talarów wielkości człowieka, wykonanych z brązu w granitowych obramowaniach. Każdy relief przedstawia dzieło pierwotnie wykonane w glinie przez siedmioro dzieci. Rzeźby kolejno obrazują: Afrykańskiego mężczyznę, portret własny dziecka, bestię z przeszłości, kobietę z łukiem w deszczu i słońcu, gołąbka pokoju, obraz Chrystusa i ostatni wizerunek miał przedstawiać kota, jednak skończyło się na człowieku z kapeluszem i brodą. Co roku w hallu na płaskowyżu Nordkapp odbywa się wręczanie nagrody „Dzieci Ziemii” dla osób lub projektów poświęconym działalności na rzecz dzieci w potrzebie na całym globie.

Nie udało mi się cztery lata temu dojechać tutaj ze względu na późną porę roku. Teraz jestem tutaj i paradoks polega na tym, że można wytrzymać tylko kilka minut na otwartej przestrzeni. Silny i lodowaty wiatr nie pozwala na dłużej posiedzieć i przyglądnąć się tej przestrzeni. Tylko szybko przebiegam wzrokiem, że tam jest wyspa niedźwiedzi, a tam to, a tam znowu, co innego. Ani jednego turysty, pusto. Kilka zdjęć i zwiedzanie środka. W wielkim holu wspaniałe zdjęcie zachodzącego słońca, które nie chowa się za horyzont.
Pora ruszać w dalszą drogę, chcę jeszcze zahaczyć o Gjezvoer i dojechać na noc do Lakselv. Po drodze spotykam pierwsze stado reniferów. Ganiam się trochę za nimi robiąc zdjęcia. Przejazd przez tunel i droga, którą mogę podziwiać raz jeszcze. Położona przy brzegu morza doprowadza mnie na camping. Ciepły domek, dobre jedzonko i ciepły prysznic. Nic więcej nie można sobie wymarzyć. Wieczorem biesiadka w sali restauracji z swojskim wystrojem i piwo, które kosztuje więcej jak nocleg

Rano wyjazd w stronę Kirusy – kolej teraz na Kebnekaise. Po ośmiuset kilometrach docieram do miasta, w którym obżerałem się lodami. Teraz nie mogło być inaczej. Pierwsze kroki skierowane do sklepu w poszukiwaniu wielkiego kartonu z lodami – tych samych o tym samym smaku – waniliowe z wiórkami czekoladowymi. Co za rozkosz. Poprzednim razem buszowałem kilka miesięcy po Skandynawii, więc jak pomyślę o tych ilościach, które zjadłem, to ten karton i wspomnienia zadowoliły mnie całkowicie. Z Kiruny pojechałem do Nikkaluokty – osady otoczonej z jednej strony górami, a z pozostałych stron bagnami. Stoją też tutaj lapońskie chatki ziemne. Camping z ładnym wystrojem i z restauracją. Ciekawe obrazy przedstawiają Lapończyków, poroża łosi i reniferów, sklepik z pamiątkami. Za późno na wyjście, więc wracam się do rzeki i tutaj zostaję na noc. Rano wyskok na ryby i po 15 minutach złapałem szczupaka, który ważył kilka kilogramów. Trudno mi ocenić, ale jego długość liczyła około 60cm. Nie mówię, że było łatwo, ale tego nikt nie obiecywał. Ale za to na patelni wyglądał i smakował znakomicie. Po takim śniadaniu nie musiałem się śpieszyć, bo podejście do schroniska to 18 kilometrów przejścia przez bagna i to wszystko, co można zrobić w tym dniu. Kładki na bardzo podmokłym terenie ratowały buty i suche nogi. Kolorystyka znów bajkowa – wszystkie kolory żółci i czerwieni. Po drodze mała przystań, gdzie można przepłynąć jezioro Laddjujohka około 5 kilometrów łodzią z Ladtjovspekalan do Loddjuvaggi. Ale mnie to nie interesowało. Na prawo znajduje się lodowiec Storglaciaren – najbardziej zbadany lodowiec świata. Na miejscu niespodzianka, śmigłowiec likwiduje schronisko, już jest po sezonie. Ale dostaję pokój ogrzewany i zostaję. Fuks, bo jeszcze dwa dni będą panowie, którzy mają coś tu do zrobienia.

Pogoda trochę się załamała i zaczęło być pochmurnie. Schronisko stoi w ogromnym kotle skalnym otoczone z trzech stron ścianami. Rano wymarsz i bardzo duża mgła. Jest o wiele zimniej jak wczoraj. Droga wyprowadza z schroniska do góry do przełęczy Vastra Leden. Nie ma widoczności i nie widać szczytów, silny wiatr nie ustępuje. Potem zdobycie Vierramvare i zejście około 300m w dół na przełęcz Kaffedalen. Stąd zaczyna się atak szczytowy. Myśl, że przebyłem taki kawał drogi nie pozwala zawracać. Pomyślałem, że jak będzie źle to mam po drodze na górze schron i będę mógł przenocować. Wejście na szczyt nie powinno zabrać więcej niż 6 godzin i ta myśl dodaje mi kopa. Minąłem schron i we mgle i silnym wietrze podchodziłem dalej. Pod szczytem spotkałem Yeti. Okazał nim się facet mający 210cm wzrostu, barczysty obładowany do granic przyzwoitości. Na plecach wielki plecak, z którego wystawał czekan, wędki i jakieś kije. Na klatce piersiowej powieszony drugi plecak dwa razy większy od mojego, obwieszony bidonami, woreczkami, lornetką i innymi drobiazgami. Yeti to przemiły i ciągle uśmiechający się Francuz, który jest już trzy miesiące w Skandynawii i przemierza ją pieszo. Wielka dłoń wyjęła z kieszeni aparacik i pstrykałem mu zdjęcia, w pozach w jakich się ustawiał. Oczywiście na zasadzie wzajemności zrobił mi też zdjęcia moim aparatem. Pośmialiśmy się trochę ze śladów odbitych butów na śniegu i powiem, że proporcja była dwa do jednego. Dostałem bidon z piciem na pamiątkę i każdy poszedł w swoją stronę. Oblepiony śniegiem wyglądałem jak bałwan i tak się czułem. Nie cierpię jak na górze nie ma widoczności. Biało, wietrznie i jak zawsze mało satysfakcji z podejścia na górę. Nie zawsze jest kolorowo i zdawałem sobie sprawę, że jest późno i zima tutaj atakuje o wiele wcześniej. Dalej już tylko wejście pod kopułę lodową, która zwieńcza czubek Kebnekaise. Jest to najwyższy szczyt w Europie położony na północ od północnego koła podbiegunowego zwanego po lapońsku ‘Giebnegáisi’.

Zejście pod przełęcz w rakach już na większym luzie. Nie potrzebny już jest czekan czy kijki. Tylko zamieć była dokuczliwa, ale myśl, że dzisiaj zostaję w ciepłym pokoju mnie rozgrzewała. Rano powrót, ale warunki na bagnach się zmieniły. Miejscami zalane całe przejścia i nie było innej możliwości jak iść po kostki w wodzie. Taki przemarsz po 6 godzinach z wodą w butach może popsuć nastrój. Przemarsz 18 kilometrów z worem na plecach po bagnie to niezła zaprawka. Wielkim wybawieniem była ciepła woda w schronisku i możliwość wyszorowania się całemu w umywalce. Gorąca kawa pozwala zapomnieć o niedogodnościach.
Powrót do Kiruny i dalej w stronę Rovaniemi. Oczywiście, że do Świętego Mikołaja, bo mam taki mały interesik do niego. Niestety po 18 wszystko zamknięte i nie zdążyłem na spotkanie. Łatwo trafić, bo to tylko 8km na północ od miasta. Przebiega tutaj linia poła podbiegunowego, którą drugi raz przekraczam, a w rzeczywistości po raz czwarty. Zwiedziłem zakamarki miasteczka i skończyłem spacer na Santa Claus Main Post Office. /adres, do Św. Mikołaja: Santa Claus Main Post Office, FIN-96930 Arctic Circle/.
Dalej już trochę ekspresowo przejazd do Kemi dalej do Oulu, Jyraskyla, Lahti i Helsinki. Kilka godzin postoju, zwiedzanie miasta i oczekiwanie na prom do Tallina. Powrót przez Rige, Panerezys, Kaunas i już do Krakowa. I wciąż mam niedosyt Skandynawii…